if ( function_exists( 'wp_body_open' ) ) { wp_body_open(); } ?>
Marcin Zwierzchowski

Kulturalny Człowiek

Mark O’Connell – wywiad

Rozmowa z Markiem O’Connellem, autorem książki „Być maszyną”, o rosnącej popularności idei transhumanizmu, czyli m.in. zespalania człowieka z elektroniką.

Mark O’Connell – irlandzki dziennikarz (m.in. „The New York Times Magazine”, „Slate”, „The Guardian”) i pisarz. W dorobku ma dwie książki: poświęconą transhumanistom „Być maszyną” oraz „Notes from an Apocalypse”, gdzie opisuje rosnący lęk przed katastrofą ekologiczną i to, jak różni ludzie próbują przygotować się na koniec świata.

Marcin Zwierzchowski: Kim są transhumaniści?

Mark O’Connell: Gdyby chcieć stworzyć definicję, najprostszym wyróżnikiem transhumanistów, jako ruchu społecznego, byłoby wskazanie, że według nich kolejnym krokiem na drodze ewolucji ludzi jest nasze zespolenie się z technologią. Skutkiem tego ma być przesunięcie granic możliwości człowieka tak, byśmy żyli dłużej, byli mądrzejsi, by choroby stały się dla nas niestraszne. Natomiast ostatecznym celem jest pozostawienie ludzkości w tyle, odrzucenie naszych ciał i stanie się maszynami lub postludźmi, czyli hybrydami człowieka i maszyny.

Z lektury „Być maszyną” wynika, że transhumaniści stanowią szalenie różnorodną grupę – od osób, które zamrażają swoje ciała, licząc, że zostaną wybudzeni w przyszłości w nowym świecie, aż po czekających na sztuczną inteligencję jako drogę do własnej nieśmiertelności. W pana książce znalazłem dla nich dwa punkty wspólne: lęk przed śmiercią oraz przekonanie, że nasze ciała nie są doskonałe.

To dobre podsumowanie korzeni transhumanizmu. To też przyciągnęło mnie do tego tematu – fakt, że mierzymy się tu ze śmiałymi konceptami, z rozbuchanymi wizjami przyszłości, a wszystko to wywodzi się z dosyć powszechnych lęków i pragnień. Stąd, mimo iż pracując nad książką trafiałem na bardzo ekstremalne pomysły na zmianę ludzkiego losu, fundamentem była refleksja nad naszą naturą, z którą mogłem się identyfikować.

Kuszące wydaje się opisywanie transhumanistów jako monolitu, grupy wyznającej takie a takie idee, może wręcz sekty, ale nie byłoby to trafne. Jest niemalże tyle wersji transhumanizmu, ilu transhumanistów. Nie ma wśród nich żadnego powszechnego systemu przekonań, więc to, o czym pan wspomniał, lęk przed śmiercią i spojrzenie na ludzką naturę, stanowi jedyny wspólny mianownik.

Relacja transhumanistów z ich ciałami to ważny temat „Być maszyną”. Oni już teraz postrzegają swoje ciała albo jako maszyny, albo powłoki, które można pozostawić w tyle. Dlatego też ewentualne przeistoczenie się w maszynę czy hybrydę człowieka z maszyną nie stanowi dla nich wyzwania, bo już dziś tak widzą swoją naturę.

Zgadza się. Zajęło mi chwilę, zanim zrozumiałem, że właśnie taka optyka umożliwia im wyobrażenie sobie przyszłości, w której funkcjonowaliby jako umysły przesłane do maszyny. Już teraz mają bardzo mechanistyczne podejście do tego, co to znaczy być człowiekiem. Dla nich Homo sapiens jest pewnym rodzajem maszyny. Wydawać się może, że to bardzo ekstremalne czy fantastyczne podejście do tematu, ale tak naprawdę towarzyszy nam ono od bardzo dawna. Więc idea leżąca w centrum transhumanizmu to nic nowego.

Czytając „Być maszyną”, nie można również uciec od pewnych skojarzeń z religią.

Dla wielu ludzi nauka jest czymś w rodzaju religii pod tym względem, że wypełnia po niej dziurę w zachodniej kulturze. Transhumanizm stanowi natomiast wzmocnienie tej myśli, jakby czyniąc tę analogię o kilka poziomów trafniejszą.

Jednocześnie muszę tu stąpać ostrożnie, bo pod wieloma względami transhumanizm nie jest religią. Nie ma tu boga, brak fundamentu moralnego, nie jest też zbiorem zasad co do tego, jak powinno się zachowywać. Nie proponuje także żadnego konkretnego stylu życia ani przekazu odnośnie do naszego znaczenia we wszechświecie i tym podobnych przekonań.

Z drugiej strony, nie sposób przy tym nie dostrzec, że pod pewnymi względami transhumanizm przejmuje pałeczkę od religii. Jak to opisałem w książce, religia od zawsze oferowała nam pewien sposób ucieczki przed śmiercią, pozwalała pogodzić się ze skończonością naszego żywota, na ogół obiecując pośmiertne życie wieczne. Transhumanizm mówi natomiast, że to nie jest możliwe, ale za to nauka przyniesie w przyszłości to, czego żaden bóg nie zdołał. Rzecz jasna, transhumaniści nie czują się zbyt komfortowo z takimi porównaniami, głównie dlatego, że postrzeganie ich pod pewnymi względami jako religijnych podkopuje ich własne przekonanie o swojej racjonalności, o kierowaniu się wyłącznie logiką, odcinaniu się od przesądów i tym podobnych.

Jak więc można sklasyfikować transhumanizm?

To jakby ulepszona wersja religii, pozbawiona aspektu mistycznego. Choć mamy przecież technologiczną osobliwość [moment w rozwoju cywilizacji i technologii, poza który – z racji szybkości i złożoności postępu – nie może sięgnąć ludzka wyobraźnia, co zazwyczaj łączy się z powstaniem sztucznej inteligencji – red.]. Bardziej precyzyjne byłoby zapewne powiedzenie, że to religia bez aspektu moralnego.

Można również stwierdzić, że to religia bez boga, ale z drugiej strony możliwe jest identyfikowanie sztucznej inteligencji jako „boskiej”, a wtedy nauka stałaby się niemalże siłą istniejącą poza ludzkością, czymś, co albo nas zbawi, albo zniszczy.

Transhumanizm nie jest przy tym niszowym ruchem, kojarzy się z nim także najbardziej wpływowych i najbogatszych ludzi na świecie.

Zdecydowanie. W książce nie poświęciłem zbyt wiele miejsca Elonowi Muskowi, gdyż „Być maszyną” powstawało już jakiś czas temu i wtedy nie był on tak otwartym reprezentantem tego ruchu. Obecnie jednak niemalże nie ma tygodnia, by Musk nie ogłaszał kolejnego projektu mającego na celu połączenie ludzi z technologią, czego przykładem jest Neuralink [interfejs mózg-maszyna, mający dać nam możliwość sterowania np. komputerem za pomocą myśli – red.].

Pod pewnym względami idee transhumanistów mogą być postrzegane jako radykalne, ale jednocześnie są one bardzo żywe w Dolinie Krzemowej i stoją za nimi potężni i wpływowi ludzie. Dlatego właśnie zdecydowałem się napisać tę książkę – by pokazać, że to nie jakaś banda świrów, dziwnych ludzi z ekscentrycznymi pomysłami. Moja książka miała pod pewnym względem być portretem świata technologii z Doliny Krzemowej.

Przytacza pan w niej anegdotę, jak poczuł się bardzo zagubiony, nieswój, gdy wyczerpał się panu limit danych w telefonie, odcinając od sieci, nawigacji itp. Był to przykład, jak blisko już dziś jesteśmy związani z technologią. Dlatego idee transhumanistów nie wydają się aż tak radykalne, bo to po prostu kolejny krok na ścieżce, którą już podążamy.

Wydaje mi się, że to właśnie czyni transhumanizm tak intrygującym dla wielu osób – może on stanowić metaforę naszego obecnego związku z technologią. Dlatego opisywani przeze mnie ludzie, identyfikujący się jako cyborgi, wchodzą na nowy, bardziej intymny poziom tych relacji. Ale też robią to niepotrzebnie, bo ich relacje z technologią są tak bliskie, że wprowadzanie jej do swoich ciał to przesada. Po co to robić? My już dziś jesteśmy tak związani z naszymi gadżetami, że w każdym sensie, poza dosłownym, są one częścią nas samych.

Podczas myślenia o transhumanizmie i technologii, która miałaby nas udoskonalić, pojawia się temat jej dostępności. W „Być maszyną” stawia pan pytanie: co, jeżeli transfer jaźni do maszyny będzie drogi? W tym względzie transhumanizm może prowadzić do pogłębienia, i tak już gigantycznych, podziałów ekonomicznych.

Ciekawe, że z jednej strony transhumanizm to radykalna wizja przyszłości, idee tak rewolucyjne, że niemalże niemożliwe do wyrażenia. Z drugiej jednak stanowi on ekstrapolację tego, co widzimy już dzisiaj, przepaści między biednymi a bogatymi. Technokapitalizm musi trwać na swojej ścieżce, Dolina Krzemowa musi tworzyć kolejne innowacje i przynosić zyski. To bardzo konserwatywna fantazja.

Niewielu transhumanistów ma pomysły, które określiłbym mianem prawdziwie radykalnych, czyli zmieniających nasze struktury społeczne. Większość chce po prostu iść dalej ścieżką, po której ludzkość podąża od bardzo dawna. W tym kontekście łatwo wyobrazić sobie przyszłość, gdzie tylko niektórzy ludzie poddają się ulepszeniom, albo różne rodzaje ulepszeń są dostępne w zależności od zasobności portfela. Pod koniec „Być maszyną” piszę wręcz, że to nie jest książka o przyszłości, ale o pewnym jej wyobrażeniu, stanowiącym jednak odbicie teraźniejszości.

Czy zbierając materiały, trafił pan na ślady technologii, które mogłyby faktycznie pchnąć nas naprzód? Jeżeli wsłuchać się w głosy specjalistów w dziedzinie choćby sztucznej inteligencji, przyznają oni, że jesteśmy w najlepszym przypadku bardzo, bardzo daleko od jej stworzenia.

W pewnym sensie już żyjemy ze sztuczną inteligencją, jest niemalże wszędzie. Ale to jeszcze nie AI przewyższająca możliwości umysłowe człowieka. Co jakiś czas docierają do nas różne doniesienia, jak choćby ten niedawny artykuł w „The Guardian” napisany przez maszynę. Sęk w tym, że każdy posiadający pewną wiedzę o sztucznej inteligencji przyzna, że technicznie rzecz biorąc, ów tekst napisała maszyna, ale miała ona bardzo ścisłe wytyczne w formie oprogramowania stworzonego przez człowieka do tego konkretnego celu. Był to zatem rodzaj sztuczki.

Im mniej posiada się rzetelnej wiedzy o sztucznej inteligencji czy technologii w ogóle, tym łatwiej snuć rozważania, jak to AI wszystko zmieni, uczyni ludzkość przestarzałą i tak dalej. Tych wizji nie propagują ludzie, którzy autentycznie na co dzień pracują ze sztuczną inteligencją. Bo to fantazja. Jesteśmy, jak pan mówi, bardzo, bardzo daleko od czegokolwiek, co zapowiadają transhumaniści.

TRANSHUMANIZM DZIŚ

Ideą łączącą ludzi identyfikujących się jako transhumaniści jest chęć porzucenia ciała biologicznego i stanie się lub połączenie się z maszyną. Wielu z tych, którzy pragną cyfrowej nieśmiertelności, może tylko biernie czekać na przełom na polu sztucznej inteligencji, który otworzy nam drogę do skopiowania naszej świadomości i jej uruchomienia w maszynie. Niektórzy jednak stawiają już pierwsze kroki na tej drodze.

Za skromne 200 tys. dolarów Alcor Life Extension Fundation [Fundacja Przedłużania Życia Alcor] utrzyma ciało zmarłego klienta w stanie hibernacji, do czasu, aż medycyna będzie w stanie je ożywić, optymalnie w lepszej, maszynowej formie. Opcją dla oszczędnych – 80 tys. dolarów – jest zostanie „neuropacjentem”, a więc krioprezerwacja samej głowy.

Kto z kolei chciałby już dziś w jakimś stopniu stać się maszyną, może dołączyć do cyborgów z Grindhouse Wetware, którzy opracowują technologie „poszerzające możliwości człowieka” – na przykład wszczepiane podskórnie urządzenia pozwalające nam rejestrować dodatkowe bodźce, albo monitorujące funkcje naszego ciała. Można również poczekać aż Elon Musk dopracuje Neuralink, czyli przytwierdzany operacyjnie do naszej czaszki czip, łączący się z mózgiem, umożliwiający sterowanie maszynami za pomocą myśli.

Transhumanistyczne sny śnią też inni potentaci z Doliny Krzemowej oraz badacze z największych technologicznych ośrodków akademickich. Niektórzy skupiają się na sztucznej inteligencji – przykładem należący do Google DeepMind, kierowany przez Raya Kurzweila, którego można określić mianem apostoła transhumanizmu (wedle jego przewidywań, gdzieś w piątej dekadzie tego wieku powstanie AI, co umożliwi ludziom skanowanie osobowości i życie wieczne w maszynach). Inni uważają, że kluczem jest pełne zrozumienie ludzkiego mózgu, a zaczynać chcą od jego struktury – przykładem kierowany przez Todda Huffmana start-up 3Scan (jednym z inwestorów był znany inwestor technologiczny Peter Thiel, członek U.S. Transhumanist Party) oraz prace kierującego Media Labem na MIT Eda Boydena, którego zespół opracował technikę mikroskopii ekspansywej, pozwalającej na tworzenie bardzo dokładnych trójwymiarowych skanów tkanek mózgu.

Wywiad pierwotnie ukazał się w tygodniku „Polityka”.

Next Post

Previous Post

Leave a Reply

© 2021 Marcin Zwierzchowski

Theme by Anders Norén