if ( function_exists( 'wp_body_open' ) ) { wp_body_open(); } ?>
Marcin Zwierzchowski

Kulturalny Człowiek

„Baśnie”, czyli nie tak dawno temu

Trwa podbój małego i dużego ekranu przez baśniowe postacie; światem komiksu zawładnęły już dawno. „Baśnie” Billa Willinghama to wyśmienita, obsypana nagrodami seria, która w jedenastym tomie – „Wojnie o pokój” – dotarła do wielkiego finału (choć nie do końca opowieści).

Nie dało się nie zauważyć, że ostatnie lata to może jeszcze nie wysyp, ale na pewno znaczący wzrost popularności motywów baśniowych wśród kinowych i telewizyjnych producentów. Na małym ekranie możemy oglądać kolejne sezony „Grimm”, „Beastly” i „Once Upon a Time”, w najbliższym czasie ruszy zaś spin-off tego ostatniego – „Wonderland”. Nikt jednak nie ma takiego rozmachu jak Hollywood, gdzie w tej chwili kręci się mniej więcej zyliard baśniowych filmów.

W 2005 roku oglądaliśmy „Nieustraszonych braci Grimm”, później były „Dziewczyna w czerwonej pelerynie”, „Królewna Śnieżka”, „Królewna Śnieżka i Łowca”, ostatnio „Hansel i Gretel: Łowcy czarownic” oraz „Jack Pogromca Olbrzymów”. W mniej lub bardziej zaawansowanej fazie produkcji jest natomiast co najmniej drugie tyle obrazów.

Na 2014 zapowiedziano „Maleficent” z Angeliną Jolie w roli wiedźmy prześladującej Śpiącą Królewnę, od dłuższego czasu czekamy na „Piękną i bestię” w reżyserii Guillermo del Toro, z Emmą Watson w roli głównej, a jeżeli ten projekt nie wypali, odtwórczyni roli Hermiony zostanie jeszcze „Kopciuszek” Kennetha Branagha. Mało? Nowych przygód doczekają się również Królowa Śniegu (film „Frozen”) oraz Piotruś Pan – w „Panie” zagrać mają między innymi Aaron Eckhart i Sean Bean – a po niemałych perypetiach na duży ekran powrócić powinien również Pinokio (początkowo reżyserem miał być Tim Burton, w tej chwili kandydatem jest Ben Stiller, Dżepetto ma zaś przemówić głosem Roberta Downeya Jra.).

Skąd ten nagły wybuch popularności baśni w Fabryce Słów? Cóż, przede wszystkim należy pamiętać, że hollywoodzcy producenci mają silnie rozwinięty instynkt stadny – jeżeli zauważą, że jeden z ich kolegów ruszył z pracami nad jakimś filmem, natychmiast chcą robić coś podobnego. W przypadku trendu baśniowego jedna z popularniejszych teorii łączy go jednak z sukcesem komiksowej serii „Baśnie” ze stajni Vertigo (imprint DC Comics).

BAŚNIOGRÓD W STANIE NOWY JORK

Od 2002 roku (wtedy to do sprzedaży trafił pierwszy zeszyt serii) tak zwani Baśniowcy nie żyją już za siedmioma górami i za siedmioma rzekami. Przenieśli się, a raczej – zostali wypędzeni do świata docześniaków, czyli zwykłych ludzi, gdzie założyli enklawę w samym centrum Nowego Jorku. Tam też, niedostrzegani przez nas, żyją Śpiąca Królewna, Książę Uroczy, Piękna i Bestia, Wielki Zły Wilk, Kopciuszek i cała reszta dziwacznej ferajny. Żyją i marzą o powrocie w strony rodzinne, które we władanie wziął bezlitosny Adwersarz.

Scenarzysta, Bill Willingham, wyszedł od najbardziej oczywistego z pytań: a co, jeżeli nie żyli długo i szczęśliwie? Pomysł z kategorii wyjątkowo prostych, w końcu reinterpretowanie klasycznych opowieści, tudzież posiłkowanie się znanymi wszystkim postaciami i dopisywanie im kolejnych przygód to żadna rewolucja. W „Baśniach” mamy jednak do czynienia z innym podejściem.

Zamiast eksploatować bajkową mitologię, Willingham stworzył na jej bazie nową, własną. Mamy więc w komiksie trzy plany czasowo-fabularne: klasyczne opowieści (aczkolwiek nie te powszechnie znane, żadnych królewien i siedmiu krasnoludków, prędzej opowieści jak ta o Jasiu od magicznej fasoli, który uwięził śmierć), dalsze losy bajkowych postaci w stronach rodzinnych, w tym wojnę z Adwersarzem, oraz plan współczesny, czyli historie ze świata docześniaków.

Baśnie #1

Dominuje oczywiści ten ostatni. W otwierającym serię albumie „Na wygnaniu” mamy do czynienia z historią kryminalną, z wyjątkowo brutalnym zabójstwem w tle – zagadkę rozwikłać muszą Królewna Śnieżka (zarządzająca Baśniogrodem) oraz szeryf Bigby Wilk (Bigby to skrót od Big Bad, czy Wielki Zły). Śledztwo daje nam okazję do poznania zamieszkujących Baśniogród postaci oraz zasad funkcjonowania tej magicznej enklawy, tak po prawdzie stanowi jednak rozbieg dla większej, rozpisanej na wiele części intrygi. Podobnie kolejny tom, czyli „Folwark zwierzęcy”, gdzie wybierzemy się na Farmę – położone na uboczu gospodarstwo, w którym schronienie znaleźli wszyscy nie-ludzcy Baśniowcy, mający problem z wtopieniem się w tłum docześniaków. Wszystkie wątki zepną zaś „Kroniki miłosne”, trzeci album w serii – można powiedzieć, że zakończy on tour po Baśniogrodzie, swoisty wieczorek zapoznawczy, którym są pierwsze trzy odsłony „Baśni”.

W tomie czwartym – i jak do tej pory najlepszym spośród wszystkich, które się ukazały – „Marszu drewnianych żołnierzyków”, Baśniowców dopadnie mroczna przeszłość. To w tym momencie Willingham postanowił nadać fabule większy rozmach, zaczynając od świetnej historii z czasów wojny z Adwersarzem, zeszytu „Ostatni bastion”, jednego z najlepszych epizodów w całej serii. (To właśnie ta „nowa mitologia”. Zamiast odświeżać bajkę o Czerwonym Kapturku i Wilku, dodając trochę krwi, Willingham dopisał do klasycznych opowieści cały wojenny rozdział, postawił fundament dla dalszego rozwoju fabuły – dzięki temu mamy znane postacie, ze znaną nam przeszłością, ale ukazane w innych, bardziej dramatycznych okolicznościach.)

Od tego momentu najwięcej uwagi poświęca się stronom rodzinnym Baśniowców, ziemi utraconej. Przed czytelnikami otwiera się więc nowy, fantastyczny świat, który z każdym tomem poznajemy coraz lepiej. I znowu – nie jest to znana wszystkim bajkowa kraina, a zupełnie nowy, wyrosły na jej fundamentach twór.

Wszystko stanowi zaś wstęp do kolejnego wielkiego konfliktu, którego finałem będzie opublikowany niedawno album „Wojna o pokój”.

SŁOWO I OBRAZ

Przepisem na sukces „Baśni” było więc nie tyle uwspółcześnienie znanych wszystkim z czasów dzieciństwa historii, co tchnięcie w ich bohaterów nowego życia. Widzicie różnice? Willinghamowi nie zależało na opowieściach, a na bohaterach. Filmy takie jak „Hansel i Gretel”, „Jack Pogromca Olbrzymów” czy „Królewna Śnieżka i Łowca” nie oferują nam fabularnie niczego nowego, po prostu opowiadają tę samą baśń czy bajkę, dostosowując się do nowego, współczesnego odbiorcy. Są bardziej mroczne (no, może „Jack…” tak nie do końca), nieraz więcej w nich krwi, seksu, ale to te same historie.

Tam, gdzie kino zrobiło więc krok do przodu względem klasyki, komiks postawił jeszcze dwa dodatkowe. Wątpię, żeby pochłonęła mnie seria opisująca jak to Wielki Zły Wilk pożera trzy małe świnki, a Królewna Śnieżka układa sobie życie z Księciem Uroczym. Wolę czytać o tym, jak te postacie koegzystują ze sobą w nowej rzeczywistości, w Baśniogrodzie, zjednoczone wspólna sprawą, z konieczności odsuwając na bok dawne zwady (ale o nich nie zapominając). Wolę czytać o trzech rozwodach Księcia i jego konfliktach z byłymi żonami.

I to daje mi Willingham. Rozwija tych bohaterów, czyniąc z choćby Bigby’ego Wilka jedną z ciekawszych postaci współczesnej fantastyki, jednocześnie jednak nie cacka się z nimi, nie waha się ich okaleczać czy zabijać  – czyli robi kolejny krok by odejść od baśniowej konwencji, skłaniając się ku fantasy. Właśnie dla tych bohaterów sięgam po kolejne tomy.

Choć nie tylko. Wprawdzie najwięcej miejsca poświęcone zostało Billowi Willinghamowi, scenarzyście serii, „Baśnie” są jednak komiksem, mają więc i stronę graficzną. I to jaką!

Baśnie #10

Wzrok przyciągają przede wszystkim okładki, małe arcydzieła autorstwa Jamesa Jeana, mistrza, którego praca przy tej serii przyniosła mu do tej pory aż sześć w pełni zasłużonych Nagród Eisnera (za lata 2004, 2005, 2006, 2007, 2008 i 2009). Po otwarciu albumu jest jednak nie gorzej, zwłaszcza, gdy za rysunki odpowiada Mark Buckingham, do spółki z kładącym tusz Stevem Leialohą. Ich ilustracje doskonale oddają mroczny, ale jednak baśniowy charakter tych nowych historii.

„Baśnie” są więc serią totalną, z bardzo dobrą fabułą, świetnymi bohaterami, gwarantującymi nasze niesłabnące zainteresowanie oraz fenomenalną stroną graficzną – pod tym względem obecnie ukazujących się w Polsce równać się z nimi może chyba tylko „Hellboy”, scenariuszowo lepszy jest zaś jedynie „Lucyfer” Mike’a Careya.

Jedenaście tomów to sporo, cieszy więc, że Willingham w końcu zdecydował się zakończyć wątek konfliktu z Adwersarzem i rozpocząć nowy rozdział w dziejach Baśniogrodu. Tym bardziej, że seria ostatnio wyraźnie zwyżkuje i właśnie w albumach dziesiątym („Dobry książę”) i jedenastym („Wojna o pokój”) prezentuje się równie dobrze jak za najlepszych czasów.

Artykuł pierwotnie ukazał się w miesięczniku „Nowa Fantastyka”.

Next Post

Previous Post

Leave a Reply

© 2022 Marcin Zwierzchowski

Theme by Anders Norén