if ( function_exists( 'wp_body_open' ) ) { wp_body_open(); } ?>
Marcin Zwierzchowski

Kulturalny Człowiek

„The Old Guard”: wywiad z Gregiem Rucką

„The Old Guard” to seria komiksowa w Stanach publikowana przez wydawnictwo Image. Na chwilę obecną ukazało się pięć zeszytów, zebranych w tomie „Opening Fire”. Bohaterami jest grupka nieśmiertelnych żołnierzy, skupionych wokół Andy, nazywanej przez nich Szefową, najstarszej z nich, przed mileniami znanej jako Andromacha ze Scytii. Komiks pokazuje ich działania we współczesnym świecie i zmagania z wiecznym życiem, które dla nich stało się przekleństwem. Rysownikiem serii jest Leandro Fernández, kolorystką Daniela Miwa.

Marcin Zwierzchowski: Jak dla ciebie zaczęło się „The Old Guard”?

Greg Rucka: Od zawsze fascynował mnie pewien mit, który zdaje się funkcjonować w wielu miejscach na świecie, a który dotyczy nieśmiertelnych wojowników. Tacy żołnierze objawiają się zwłaszcza innym żołnierzom, w chwilach największej potrzeby. Miałem coś takiego w głowie od bardzo długiego czasu.

W Polsce mamy swoją iterację tej legendy. Dotyczy ona rycerzy śpiących pod góra Giewont.

O proszę!

Drugim pomysłem leżącym u fundamentów „The Old Guard” była postać, która ostatecznie wyewoluowała w Andy, Andromachę, w ekranizacji graną przez Charlize Theron. W pewnym momencie Andy połączyła się w mojej głowie z ideą nieśmiertelnych żołnierzy.

Gdy zaczynałem spisywać tę historię, początkowo miało to być coś po prostu rozrywkowego. Z czasem zorientowałem się jednak, że tak naprawdę w ten sposób przepracowuję pewne wydarzenia z mojego życia – śmierć mojego ojca. W jakiś sposób organicznie przeniknęło to do tej opowieści. Warstwa rozrywkowa więc została, ale fabuła zyskała, według mnie, w warstwie emocji i w ogólnym wydźwięku.

W wywiadach udzielanych przy okazji premiery komiksu używałeś określenia, że w zamyśle ta historia miała być „pulpowa”. Nie zgodziłbym się do końca – tematem „The Old Guard” jest nie tyle sama nieśmiertelność, co klątwa wiecznego trwania. To właśnie zresztą wybrzmiewa najmocniej i w filmie.

Trafiłeś tu w punkt, jeżeli chodzi o relację komiksu do filmu. W procesie ekranizacji komiksu ta warstwa – dzięki reżyserce, Ginie Prince-Bythewood, dzięki obsadzie – została tylko podkreślona, wybito realizm kwestii nieśmiertelności. Bo też jako widzowie zawieszamy tu niewiarę, przyjmujemy jako niepodważalny fakt, że ci bohaterowie są nieśmiertelni. Gdy natomiast już to zrobimy, nie mamy wyjścia, jak na poważnie zaadresować kwestie, które z tego wynikają. I Gina zrobiła to doskonale.

W komiksie natomiast mogę wysadzać ludzi w powietrze i będzie to wyglądało zabawnie; gdy Leonardo Fernandez rysuje Joe z potworną raną postrzałową i gałką oczną zwisającą z oczodołu, to wygląda po prostu śmiesznie, niemalże jak coś z kreskówki. Jasne, to też nieco odpychający widok, ale nikomu się od czegoś takiego nie przewraca w żołądku. Gdybyśmy natomiast coś takiego pokazali w filmie, widownia byłaby obrzydzona.

Rozumiejąc tę różnicę między mediami, oczywista jest różnica w tonie historii w komiksie i w filmie. Zaczynając pracę nad komiksem, chciałem po prostu stworzyć coś fajnego, z emocjonalnym fundamentem – film skupił się na tych emocjach i je logicznie rozwinął.

Zaczęliśmy od Andy, ale nie jest ona jedyną główną bohaterką, bo towarzyszy jej kilkoro innych nieśmiertelnych. To bardzo zróżnicowana grupa, pod każdym możliwym względem, od płci, przez rasę, wyznanie, seksualność – sprawiają wręcz wrażenie świadomego łamania wszelkich stereotypów dotyczących bohaterów komiksowych, zwłaszcza tych na wielkim ekranie, gdzie trzeba było „Czarnej Pantery” by zmienić myślenie o kolorze skóry głównych bohaterów, albo „Wonder Woman”, by pokazać, że kobiety też mogą dźwigać takie historie. To było z twojej strony świadome uderzenie w te uprzedzenia?

W pełni świadome! Spójrz na moje wcześniejsze komiksy, przecież jestem znany z tego, że piszę historie z kobietami w rolach głównych. Tej kwestii więc nigdy nie rozważałem, tym bardziej, że jak wspominałem, sam pomysł na „The Old Gard” zaczął się dla mnie od Andy, która od zawsze w mojej głowie była kobietą. To więc nie była decyzja, a po prostu „naturalny stan” dla tej postaci.

Pracując natomiast nad pomysłami nad członków drużyny Andy wiedziałem, że muszę podkreślić, iż nieśmiertelność to nie coś, co dotyka ludzi określonej rasy, płci, orientacji czy wiary, że to też globalny fenomen. I tak, wybierając Nicky’ego, który po raz pierwszy zginął jako krzyżowiec na pierwszej krucjacie, logika podpowiedziała mi, że muszę to zrównoważyć postacią Jo, czyli tak naprawdę Yusufa, który jest muzułmaninem. Chodzi o to, żeby nikt nie pomyślał, że Nicky stał się nieśmiertelny ze względu na bycie chrześcijaninem, bo nie o to chodzi.

Chciałem, by było jasne, że nikt w zespole Andy, w tym ona sama, nie wiedzą, jakie są reguły zostania nieśmiertelnym. Wspólnym mianownikiem jest wyłącznie to, że ci nieśmiertelni są wojownikami, że w którymś momencie swojego życia, choćby przez chwilę, służyli w jakiejś armii.

W filmie „The Old Guard” uderza fakt, że jest on niesłychanie wierny komiksowi. Można wręcz podczas seansu przewracać kartki komiksu i widzieć tę samą scenę w dwóch wersjach. Nawet biorąc pod uwagę fakt, że to również ty pisałeś scenariusz do filmu, w przypadku ekranizacji komiksów coś takiego w zasadzie nigdy się nie zdarza…

(śmiech) To coś absolutnie niezwykłego. Złożyło się na to natomiast kilka czynników. Po pierwsze, prawa do ekranizacji kupiło Skydance, czyli ludzie stojący m.in. za „Mission: Impossible”, „Prawdziwym męstwem” i „Star Trekiem”. Gdy zatrudniali mnie jako scenarzystę filmu, wyrazili się bardzo jasno, że kupili konkretny komiks – i w scenariuszu chcą tej historii, którą kupili. Stąd – choć oczywiście pojawiały się nieodzowne różnice, wynikające z przejścia od jednego medium do drugiego – pierwsza wersja mojego scenariusza była bardzo wierna oryginałowi. Drugim ważnym wydarzeniem był natomiast fakt, że gdy pierwszy raz spotkałem się z Giną, naszą reżyserką, ta na spotkanie przyszła z komiksem w ręce. Mało tego, dosłownie pierwszym pytaniem, jakie mi zadała, było wytykanie rzeczy, które są w komiksie, a których nie było w scenariuszu i dociekanie, dlaczego to pominąłem. Gdy reżyserka robi coś takiego, jako scenarzysta możesz być tylko wniebowzięty. Co więcej, w całym procesie produkcyjnym Gina agresywnie broniła zachowania tego co sama nazywała sercem oryginalnej historii; do tego stopnia, że w filmie nie brakuje scen, które Gina po prostu przeniosła z komiksu.

Znajdą się więc w filmie zwroty względem tego, co zawarliśmy w komiksie, niekiedy gwałtowne zwroty. Każdorazowo jednak chodzi tu o poprawę fabuły i każda zmiana, w mojej opinii, jest zmianą na lepsze, na pewno czyni „The Old Guard” lepszym filmem.

Rozumiem więc twoje pytanie, bo takie coś to faktycznie rzadkość. Ale w tym wypadku nawet cała obsada posiadała swoje egzemplarze komiksu i wszyscy go znali. Nigdy wcześniej nie spotkało mnie coś podobnego.

Jak wyglądają dalsze plany odnośnie i komiksów, i kolejnych filmów (które zakończenie pierwszego sugeruje)? Rozumiem, że będziesz prowadził dwie linie fabularne, z racji różnic, które ostatecznie narosły między oryginałem a adaptacją?

Zgadza się.

Co do komiksów, powstaną w sumie trzy tomy. Drugi jest już gotów, szykujemy się do prac nad finalnym komiksem, co ode mnie wymaga odcięcia się mentalnego od myślenia o filmach i potencjalnych sequelach. Te przyszłe filmy, jeżeli przyjdzie nam je zrealizować, i jeżeli to nie zlecą pisanie ich scenariuszy (na chwilę obecną nic nie jest potwierdzone), powinny opierać się na podobnych pomysłach, co komiksy, rozbieżności będą jednak narastać w miarę rozwoju fabuły. Ostatecznie „serce” tych historii powinno być zachowane.

Wywiad pierwotnie ukazał się w miesięczniku „Nowa Fantastyka”.

Next Post

Previous Post

Leave a Reply

© 2020 Marcin Zwierzchowski

Theme by Anders Norén