if ( function_exists( 'wp_body_open' ) ) { wp_body_open(); } ?>
Marcin Zwierzchowski

Kulturalny Człowiek

Przyszłość tu i teraz

Cyborgi, hibernowanie zamrożonych głów, kandydat na prezydenta USA z transhumanistycznym programem – to, co jeszcze do niedawna miejsce miało w fantastyce naukowej, dziś stało się rzeczywistością. Serce przemian bije zaś w Dolinie Krzemowej.

W Polsce w krótkim odstępie czasu ukazały się trzy książki reprezentujące nurt literatury faktu, pod wieloma względami jednak głęboko zakorzenione w rozważaniach dotychczas przeważnie snutych na łamach historii science fiction. W „Być maszyną” Mark O’Connell przeprowadza serię rozmów z ludźmi identyfikującymi się jako transhumaniści, starając się znaleźć punkty wspólne, być może zdefiniować fundamenty tego ruchu, który w ostatnich dekadach awansował z niszowego, do mającego wśród swoich „członków” osoby tak wpływowe jak Elon Musk, Rey Kurzweil czy Peter Thiel. W „Zabawach w boga” Magda Gacyk zabiera nas z kolei w podróż po Kalifornii (i w kilka innych miejsc), na spotkania z ludźmi, którzy już dziś, często samymi sobą, wcielają w życie idee SF – cyborgami. Gacyk kreśli portrety awangardy wśród transhumanistów, dla których scalenie z maszyną to rzeczywistość (choć, chwilowo, na małą skalę). Wreszcie w „Dolinie niesamowitości” Anna Weiner relacjonuje lata swojej pracy w Dolinie Krzemowej, a choć w jej opowieści brakuje elementów futurystycznych, możemy jej oczami przyjrzeć się nowemu pokoleniu/nowej klasie ludzi, którzy dziś, teraz, budują naszą przyszłość.

INNOWACYJNOŚĆ JAKO RELIGIA

Wydaje się, że książka Wiener jest odległą od zainteresowań miłośniczek i miłośników fantastyki. I jest to prawda, częściowo. To (świetnie napisana i szalenie ciekawa) opowieść o doświadczeniu specyfiki słynnej Silicon Valley przez kobietę, a do tego humanistkę – momentami przypomina to relację z wyprawy przedstawicielki ludzkości na inną planetę, bo przepaść w porozumieniu, wartościach, w ogóle postrzeganiu celów życiowych jest tak wielka. Ominę tu wątek płci autorki/głównej bohaterki, skupiając się na potrzeby niniejszego tekstu na opisywanym szeroko w „Dolinie niesamowitości” kulcie postępu. Postęp bowiem to innowacyjność, innowacyjność to nowe produkty, a nowe produkty to przewaga nad konkurencją i narzędzie do walki o wyższą wycenę, o stanie się… Jednorożcem – czyli start-upem, którego wycena przekracza miliard dolarów.

Weiner, przedstawiciela „starego świata” (symbolicznie: wcześniej pracowała na rynku książki), wkracza tu między ludzi, których „nowy świat” właśnie się rodzi i w którym oni są… bogami. To pokolenie szukające swojej tożsamości, i mające na to poszukiwanie niebotyczne fundusze – co objawia się choćby ciągotami do zachcianek-dziwactw, ale też do łatwowierności. Dlaczego jednak nas to interesuje? Bo, jak wskazuje Weiner, przekłada się to potem na technologie, które powstają w Dolinie, i to, jak zmieniają świat – ona sama pracowała w firmie zajmującej się przetwarzaniem big data, gdzie kwestie konsekwencji obrotu tymi danymi nie były tematem, gdzie prywatność nie była tematem, gdzie naiwne zaufanie graniczyło z głupotą. Oczywiście do czasu pierwszych skandali, pierwszych naruszeń tej prywatności, pierwszej współpracy z rządowymi agencjami, gromadzącymi narzędzia do szpiegowania własnych obywateli.

W „Dolinie niesamowitości” widzimy ludzi, dla których nowe zawsze równa się lepsze, a refleksja często przychodzi po fakcie, gdy najgorsze już się wydarzyło. Widzimy ludzi, którzy już dziś zmieniają świat, niekoniecznie na lepsze, nie zawsze świadomie – często z braku zastanowienia nad długofalowymi czy mniej oczywistymi skutkami ich działań.

Czytając książkę Anny Weiner, z tyłu głowy miałem wizję niedalekiej przyszłości z serialu „Upload” (Amazon Prime Video), którego twórca, Greg Daniels, garściami czerpał właśnie z Doliny Krzemowej, praw działających tam biznesów. To opowieść o przyszłości, w której możliwe jest przeniesienie ludzkiej świadomości do maszyny, gdzie można funkcjonować wiecznie w symulacji – raju. Tyle, że to, jak bardzo rajski jest twój raj zależy od głębokości twojego portfela. Daniels wiedział, że to, jak świat będzie wyglądał za dwie-trzy dekady wynika wprost z tego, jak obecnie wygląda miejsce na Ziemi, w którym wykuwa się naszą przyszłość.

RELIGIA BEZ BOGA

Stąd „Dolina…”, choć nie futurystyczna, tak dobrze uzupełnia to, co znajdziemy w książkach O’Connella i Gacyk. Podczas gdy w „Być maszyną” i „Zabawach w boga” spotykamy konkretnych transhumanistów, w „Dolinie niesamowitości” możemy poznać codzienność w miejscu, w którym wielu z nich pracuje i które niemalże wszystkich ich kształtuje.

Mark O’Connel oferuje nam szeroką perspektywę na transhumanizm. Miejscami ścieżki jego i Magdy Gacyk się przecinały (choćby opisy spotkań z grindersami, czyli cyborgami, oraz podróż z transhumanistycznym kandydatem na prezydenta USA, Zoltanem Istvanem), optyka Irlandczyka jest jednak inna, bo szuka on zrozumienia ruchu jako całości (mimo iż jest bardzo różnorodny), stąd spotyka się z jego „apostołami”, a więc tymi, którzy jeżdżą na specjalistyczne konferencje, tworzą publikacje czy pracują w firmach o „transhumanistycznych” celach.

Kim więc są transhumaniści? „Być maszyną” wskazuje pewne punkty wspólne. Fundamentem wydaje się dosyć „mechanistyczne” podejście do ludzkiego ciała, a w efekcie – do ewolucji. Ewolucja bowiem to proces ślepy i wolny, co transhumanistom nie wystarcza. Są oni w pewnym sensie rozczarowani, albo może – nieusatysfakcjonowani obecną formą Homo sapiens, pragną więcej, być czymś więcej. Na swoje ciała patrzą więc jako formę niedoskonałą, a przede wszystkim nie finalną. Jesteśmy maszyną, którą można ulepszyć – te porównania naszych ciał do maszyn są leitmotivem wywiadów Marka O’Connella.

Drugim „refrenem” jest tu wątek lęku przed śmiercią lub też odrzucenia śmierci, niezgody na nią. Transhumanizm dla wielu z rozmówców O’Connella to więc sposób na życie wieczne. Skojarzenia z religią nasuwają się same: „Religia od zawsze oferowała nam pewien sposób ucieczki przed śmiercią, pozwalała pogodzić się ze skończonością naszego żywota, na ogół obiecując pośmiertne życie wieczne – opowiada mi autor „Być maszyną”. „Transhumanizm mówi natomiast, że to nie jest możliwe, ale za to nauka przyniesie w przyszłości to, czego żaden bóg nie zdołał” – dodaje. W toku dyskusji podsunąłem O’Connellowi skojarzenie, że transhumanizm to religia ateistów, w której bogiem jest nauka. Odpowiedział on, że raczej widzi to jako religię bez boga. „To jakby ulepszona wersja religii, pozbawiona aspektu mistycznego” – stwierdził. Wtedy jednak wskazałem na technologiczną osobliwość, która – w pewnym sensie – jest właśnie takim przekraczającym ludzkie pojęcie „celem”. Zgodziliśmy się więc co do tego, że transhumanizm to bardziej „religia bez aspektu moralnego”.

A czy transhumanizm wymaga wiary? W pewnym sensie, tak. Taki „aktem wiary” jest na przykład zawierzenie siebie firmom takim jak Alcor Life Extension Foundation, która oferuje krioprezerwację albo naszego ciała (200 tys. dolarów), albo samej głowy (80 tys. dolarów), aż do czasu, gdy – jak wierzymy! – nauka rozwinie się do poziomu, w którym możliwe będzie nasze „wybudzenie” i obdarowanie życiem wiecznym.

MÓJ SĄSIAD, CYBORG

„Zabawy w boga” Magdy Gacyk to lektura bardziej „przyziemna”, w tym rozumieniu, że niekoniecznie dotyczy przyszłości (a przynajmniej – nie skupia się na niej), ale stanowi fascynująca kronikę tego, co dzieje się tu i teraz.

Jeżeli, jak ja, gdy niedawno czytaliście o projekcie Neuralink Elona Muska – o jego planach, by wszczepiać ludziom operacyjnie krążki metalu w czaszkę (!), by spełniały one funkcje z grubsza niespecjalnie bardziej zaawansowane niż już dziś posiada nasz smarfon – i zastanawialiście się, kto zgodziłby się na taki zabieg dla takiego „ulepszenia”, Magda Gacyk ma dla was odpowiedź.

W skrócie: cyborgi są wśród nas. Nawet nie mam na myśli ludzi z rozrusznikami serca czy implantami ślimakowymi, ale osoby, które świadomie modyfikują swoje ciała, „łącząc się” z maszynami, nie by się „naprawić”, ale by uzyskać nowe „funkcje”, np. wyczuwanie pól magnetycznych (wszczepy w końcówki palców) czy kompas (wszczep w klatkę piersiową). Po prawdzie, współczesne cyborgi poniekąd bawią się w transhumanizm, w przyszłość, bo wiele z tych ulepszeń, zmian koniecznych do wprowadzenia operacyjnie, dają im tak radykalne „moce” jak… otwieranie drzwi. Co jednak, gdy Musk zaoferuje im Neuralink, czyli interfejs mózg-maszyna? Kolejki będą jak w dniu premiery nowego iPhone’a.

Magda Gacyk w „Zabawach…” robi natomiast coś więcej, niż tylko przedstawia nam kolorowe postacie cyborgów. Jej książka to opowieść o naszym stosunku do technologii, o tym, jak bardzo ta relacja się zacieśnia i staje się intymna (nie bez powodu w książce jest rozdział o technologii w służbie seksu, ale i o kuchni). To opowieść o przyszłości, która dzieje się tu i teraz, pączkuje z Doliny Krzemowej i kilku innych miejsc, a powoli rozlewa się na cały świat. Gacyk pokazuje, że w pewnym sensie science fiction to już nasza rzeczywistość. I że są ludzie, którzy bardziej niż chętnie wychodzą jej naprzeciw.

Ja jednak wciąż z tyłu głowy mam „Upload” oraz „Modyfikowany węgiel”, czyli SF, które pokazuje nam, że gdy zacznie się wyścig ku Człowiekowi 2.0., może on być od początku ustawiony. Przed tym ostrzega Anna Weiner.

Artykuł pierwotnie ukazał się w miesięczniku „Nowa Fantastyka”.

Fot. główne Gerd Altmann z Pixabay

Next Post

Previous Post

Leave a Reply

© 2021 Marcin Zwierzchowski

Theme by Anders Norén