if ( function_exists( 'wp_body_open' ) ) { wp_body_open(); } ?>
Marcin Zwierzchowski

Kulturalny Człowiek

Michał Protasiuk – wywiad

O nowej książce, „Anatomii pęknięcia”, o roli i powinnościach fantastyki naukowej, o Lemie i jego cieniu, o rzeczywistości doganiającej fantastykę opowiada Michał Protasiuk.

Marcin Zwierzchowski: Jak widzisz rozdział między fantastyką naukową a futurologią, w kontekście tego, co sam piszesz?

Michał Protasiuk: Traktuję te dwie rzeczy zupełnie rozłącznie. Futurologią, czy też może bardziej foresightem zajmuję się nieco zawodowo, jak i hobbystycznie, jednak nie stosuję metodologii wywiedzionych z tych dziedzin do tworzenia literatury science-fiction. Dlaczego? Trochę by mi to odebrało frajdę, ale przede wszystkim nie uważam, by moją powinnością jako pisarza SF było stawianie trafnych wizji przyszłości, a następnie się z owej trafności rozliczanie. Dlatego nie potrafię zachwycać się ciekawostkami w stylu Lema, który w „Powrocie z gwiazd” opisał „optony”, czyli przewidział dzisiejsze czytniki e-booków. Nie po to czytam i piszę fantastykę. Myślę, że ta postawa jest dobrze widoczna właśnie w „Anatomii pęknięcia”, gdzie opisuję kilka wizji nieodległej przyszłości, które są różne i niespójne pomiędzy sobą. A zatem „sprawdzalność” prognoz zupełnie mnie nie interesuje. Przyszłość jest dla mnie przede wszystkim pretekstem, aby snuć opowieść na temat teraźniejszości, opisywać zdarzenia i trendy, które wydają mi się ważne i na które chcę zwrócić uwagę czytelnikom.

W tym miejscu chciałbym przytoczyć anegdotę. W 2018 roku wraz z grupą przyjaciół powołaliśmy do życia inicjatywę „Prognoskop”, której celem było między innymi odpowiedzenie na pytanie, czy pisarze SF lepiej przewidują (nieodległą) przyszłość niż „zwykli” ludzie. W tym celu zrealizowaliśmy eksperyment. Na początku roku wymyśliliśmy 20 pytań dotyczących wydarzeń, które mogą mieć miejsce na przestrzeni kolejnych 12 miesięcy. Pytania dotyczyły różnych dziedzin, między innymi: polityki krajowej (referendum konstytucyjne, procent poparcia dla PiS), polityki zagranicznej (impeachment prezydenta Trumpa), ekonomii (cena bitcoina), a także kilku kwestii stricte „futurologicznych” (przyznanie obywatelstwa sztucznej inteligencji, wprowadzenie sztucznie wychodowanego mięsa do sprzedaży detalicznej). Następnie poprosiliśmy 11 pisarzy SF o postawienie prognoz na koniec roku. Analogicznie zadanie postawiliśmy reprezentatywnej grupie blisko 500 Polaków, którzy zgodzili się wziąć udział w naszym badaniu. Następnie musieliśmy odczekać rok, żeby zweryfikować trafność prognoz obu grup. Finalnie okazało się, że pisarze science-fiction byli minimalnie lepsi niż przeciętni Polacy, jednak ta przewaga wyzerowała się, kiedy spojrzeliśmy na wyniki wśród Polaków z wyższym wykształceniem (wszyscy pisarze mieli wyższe wykształcenie, więc uznaliśmy, że takie porównanie będzie bardziej uczciwe). Dlatego nie przesadzałbym z tą predykcyjną mocą science fiction (śmiech).

Rolą SF nie jest przewidywanie przyszłości. Więc co? Objaśnianie jej, tych hipotetycznych wersji? Gdy wybuchła pandemia COVID, zwróciłem uwagę na to, jak ochoczo udostępniano wszelkie choćby bardzo odległe analogie między dziełami fikcji a tym, co się dzieje. Wołano wtedy: „Ktoś to przewidział!”, jakby to miało nas jakoś pocieszyć.

Oczywiście, jeśli ktoś generuje dostatecznie dużo prognoz, to kiedyś w końcu uda mu się coś trafnie przewidzieć, to czysta statystyka. Zwrócę jeszcze uwagę, że w myśleniu o przyszłości uprawianym przez science fiction często może być zaszyta samospełniająca się przepowiednia, czy też może raczej samounicestawiająca się. W czasie zimnej wojny świat stał na krawędzi wojny nuklearnej, jednak ona nie wybuchła. Dlaczego? Oczywiście odpowiedź jest złożona, ale nie możemy w niej pomijać roli popkultury, która ukształtowała wyobrażenie o konflikcie atomowym jako końcu cywilizacji, co mogło być jedną z przyczyn, dlaczego te czarne wizje się nie zrealizowały. Mam tu na myśli dzieła pokroju „Ostatniego brzegu” czy „Doktora Strangelove”, które w swoim czasie niezwykle silnie oddziaływały na opinię publiczną. Podobnie teraz: katastrofa klimatyczna wydarza się na naszych oczach, ale mamy jeszcze szansę ją powstrzymać, musimy jednak zmienić sposób funkcjonowania świata. I tutaj ponownie widzę rolę popkultury, która może nam uświadomić skalę wyzwania, jakie przed nami stoi. A zatem za pięćdziesiąt lat, jeśli katastrofa klimatyczna ostatecznie się nie wydarzy, ktoś może wyśmiewać przesadnie pesymistyczne wizje dzisiejszego science-fiction. Tylko być może przyszłość będzie inna, ponieważ te wizje były właśnie zbyt pesymistyczne.

Wracając zatem do pytania – w pisaniu science fiction zależy mi przede wszystkim na skonfrontowaniu czytelnika z pytaniami zmuszającymi do myślenia. Trzymając się zakresu „Anatomii pęknięcia”: czy klasyczna polityka w dobie big data dalej ma sens? Jak komunikować się ze sztuczną inteligencją? Czy sztuczna inteligencja będzie mogła zastąpić człowieka we wszystkich dziedzinach? Najbardziej interesuje mnie napięcie na styku człowiek – technologia. Dlatego fabuły poszczególnych tekstów umieszczam w nieodległej przyszłości, ponieważ uzasadnia to logicznie istnienie nieco bardziej zaawansowanych technologii, których potrzebuję do realizacji założeń fabularnych. Przyszłość jest zatem środkiem do realizacji celu, a nie celem samym w sobie.

Natomiast owe „ważne pytania”, które chciałbym badać literacko, również można podzielić na dwie podgrupy. Bardzo bliska jest mi klasyczna szkoła fantastyki socjologicznej i część tekstów można odbierać w tych kategoriach. Nie tylko jako opis rzeczywistości, ale również jej ocenę. Z drugiej jednak strony, czasami chcę traktować science fiction jako eksperyment myślowy czy ćwiczenie intelektualne. Jeśli zatem piszę tekst o konflikcie ze zbuntowaną sztuczną inteligencją, to nie dlatego, że boję się buntu sztucznej inteligencji, uważam go za prawdopodobny scenariusz i chcę przed nim ostrzegać. Chodzi mi raczej o refleksję nad kształtem tego konfliktu i optymalną strategią. To trochę jak rozwiązywanie zadania z matematyki.

Podniosłeś temat, który ostatnimi czasy dosyć regularnie wraca w kontekście choćby zmian klimatycznych: powinność SF, która ma „moc” kształtowania naszych wyobraźni, stanowi więc naturalny język, którym można przekonać ludzi o groźbie zmian klimatu. Pisał o tym Harari, pisał David Wallace-Wells w „Ziemi nie do życia”. W „Anatomii” jest mowa o klimacie, w „Przeciw naturze” wspomniany jest – o czym zwykle się nie mówi – wpływ zmian klimatu na… prędkość internetu. Czujesz, że jako autor masz wspomniane „powinności”?

Trochę na pewno tak. Wspominałem już, że bliska jest mi tradycja fantastyki socjologicznej, prozy zaangażowanej społecznie, i na pewno zależy mi, aby przemycać takie wątki do literatury. Aby uświadamiać czytelników, przed jakimi wyzwaniami stoimy. Kryzys klimatyczny jest najbardziej oczywisty i nie da się pisać o przyszłości, milcząc na temat konsekwencji globalnego ocieplenia. Z drugiej strony mamy także problem rosnących nierówności społecznych i co za tym idzie coraz większych napięć społecznych, z którym to problemem fantastyka niezbyt często się konfrontuje. Próbowałem tego dotknąć w opowiadaniu „Ciała za mało”, gdzie główna bohaterka jest przedstawicielką prekariatu, żyjącą z dnia na dzień, łapiącą się dorywczych zleceń oferowanych na globalnym rynku gig economy. A przecież tych wielkich pytań jest coraz więcej: jakie będą konsekwencje wprowadzenia dochodu gwarantowanego? Jak będzie wyglądał świat bez wzrostu gospodarczego? Co się stanie, kiedy Stany Zjednoczone przestaną być geopolitycznym liderem? Czy skończy się kapitalizm i co po nim nastanie? Doskonała przestrzeń do badania przez prozę science-fiction.

Mówisz, że nie da się pisać o przyszłości, milcząc na temat konsekwencji zmian klimatu. Według mnie się da, ba!, większość autorów i autorek to robi. Jasne, są tacy jak Cory Doctorow, który w „Walkaway” opisywał alternatywę dla kapitalizmu, czy Paolo Bacigalupi, piszący z pasją o klimacie, choćby w „Wodnym nożu”. Powszechniejszy jest jednak skok naprzód, w space operę, ostatnio w cyberpunk – generalnie oddzielanie się od naszej teraźniejszości grubą kreską i opisywanie wizji przyszłości radykalnie innej od naszego „dziś”, co w sumie sprowadza się do kreowania świata niczym w fantasy, w sensie rozmachu i kreślenia nowych praw. Wracając do ciebie: ty pozostajesz „blisko”, zaskoczyło mnie na przykład, że tak szybko wprowadziłeś COVID jako stały element przeszłości swoich przyszłości. Opowiedz o swoim procesie kreacji. Interesuje mnie zwłaszcza rygor prawdopodobieństwa, który sobie narzucasz – mówiłeś, że w „Anatomii…” wizje przyszłości są niespójne, ale czy któreś widzisz jako nieprawdopodobne, ale opisałeś je, bo są atrakcyjne fabularnie?

Skok w space operę – jasne, ale to zbyt odległa przyszłość i zbyt oderwana od tu i teraz, więc aktualnym stanem świata nie ma się za bardzo co przejmować. Miałem na myśli, że nie da się stworzyć wiarygodnego, bliskozasięgowego science-fiction nie ustosunkowując się do katastrofy klimatycznej, ponieważ będzie ono z definicji mało wiarygodne.

Mój proces twórczy nie jest jakiś bardzo rygorystyczny.  Oczywiście potrafię sobie wyobrazić pisanie poddane większemu rygorowi metodologicznemu, korzystające z różnych technik zaczerpniętych z foresightu, np. analizy scenariuszowej, ale chyba by mi to odebrało większość frajdy z tworzenia literatury. Jeśli mówimy o wiarygodnych projekcjach przyszłości, to bliskie jest mi myślenie wyłożone przez Petera Frase w książce „Cztery przyszłości. Wizje świata po kapitalizmie”. Proponuje on bardzo uniwersalny i prosty model, oparty o dwie osie. Pierwsza oś to dostępność zasobów – od braku do nadmiaru. Druga oś to sposób dystrybucji – od w miarę równomiernego, do akumulacji zasobów przez wąskie grono. Daje nam to w efekcie cztery możliwe kombinacje. Optymalny scenariusz dla ludzkości, czyli „dużo sprawiedliwe podzielonych zasobów” to „fully automated luxury communism”, że zacytuję tytuł książki Aarona Bastaniego. Scenariusz najgorszy, „mało nierówno podzielonych zasobów”, to postapokaliptyczne wizje rodem z „Mad Maxa”. To nie było jakoś bardzo uświadomione w procesie pisania, ale myślenie za pomocą tych schematów zostało na pewno odzwierciedlone w „Anatomii pęknięcia”. Tekst „Przeciw naturze” to scenariusz „mało zasobów, ale w miarę równo podzielonych”, zaś „Ciała za mało” to „kurczące się zasoby podzielone w bardzo nierówny sposób”.

Jeśli idzie o ocenę prawdopodobieństwa tych scenariuszy, pozostaję ostrożnym optymistą. Przede wszystkim nie wydaje mi się, by aktualny poziom nierówności był do utrzymania przez dłuższy czas, próbkę czego mieliśmy okazję doświadczać jeszcze przed pandemią. Niepokoje społeczne przetoczyły się przez cały świat: od Hongkongu, przez francuskie żółte kamizelki, po Chile. Pytanie tylko, czy to napięcie zostanie rozładowane w demokratyczny i pokojowy sposób, czego byśmy sobie wszyscy życzyli. Po drugie, ograniczoność zasobów. Chciałbym wierzyć w naukę, technologię, że one wymyślą sposób, jak sobie poradzić z nadchodzącym kryzysem, ale niestety nie możemy opierać dzisiejszej strategii na wierze w przyszłe niepewne przełomowe odkrycia. To jest w ogóle największe wyzwanie naszych czasów. Dominuje przekonanie, że nie możemy dalej żyć tak, jak żyliśmy do tej pory, ale nikt nie wie, jakby ten nowy świat miał wyglądać. Jak w słynnym spostrzeżeniu Slavoja Zizka: „łatwiej wyobrazić sobie koniec świata niż koniec kapitalizmu”.

A może trudno nam wyobrazić sobie koniec kapitalizmu, ponieważ SF nie „wyobraża” nam tego scenariusza? Próbował Doctorow w „Walkaway”. Ktoś jeszcze? Jeżeli tak, ja nie trafiłem. Myślałem nad tym problemem i wyszło mi, że to kwestia efektowności: jeżeli ktoś chce pisać SF, wybierze AI, wojny dronów czy cyberpunk, bo to po prostu fajniejsze. Z tobą jest inaczej, bo tak jak można nazwać cię autorem SF, w równym stopniu jesteś twórcą thrillerów. Opowiedz o tej stronie twojej twórczości.

Chyba zahaczamy w tym miejscu o nieśmiertelny spór pomiędzy fantastyką „rozrywkową” a „problemową”. Cyberpunk jest świetnym przykładem. Z jednej strony to niezwykle wdzięczne dekoracje, w których można rozgrywać konwencjonalne, sensacyjne fabuły. Ale można też potraktować ten gatunek jako punkt startowy do rozważań bardziej na serio – na temat relacji człowieka z technologią, konsekwencji postępu, granic człowieczeństwa. Mnie zawsze było bliżej do tego drugiego podejścia; tego typu pytań od zawsze szukałem w fantastyce i taką literaturę chciałem pisać. Co nie znaczy, że nie interesuje mnie aspekt fabularny i wzorem późnego Lema wkrótce przerzucę się wyłącznie na publicystykę. Zupełnie nie!

To prowadzi mnie do odpowiedzi na drugą część twojego pytania, o konwencję, w której się poruszam, czyli szeroko rozumiany thriller. Nawiasem mówiąc, przypominam sobie teraz, jak były pozycjonowane moje wcześniejsze powieści i widzę, że ten thriller zawsze się pojawiał: thriller korporacyjny, psychologiczny, szpiegowski, a nawet „pierwszy polski thriller postglobalizacyjny”. Wybieram tę konwencję bardzo świadomie, ponieważ pozwala ona najlepiej wybrzmieć moim historiom. Fabuła w thrillerze przeważnie koncentruje się wokół naczelnej tajemnicy, zagadki, stanowiącej tzw. „narrative hook”, które zadaniem jest przyciągnięcie i utrzymanie uwagi czytelników. A w swojej twórczości zwykle staram się dołożyć do tego jeszcze jedną warstwę, nazwijmy ją „problemową”. Pierwsza ma charakter czysto fabularny i część czytelników może zadowolić się tym odczytaniem. Drugi poziom stara się naświetlić jakieś bardziej poważne zagadnienie. Popatrz na konstrukcję tekstów z „Anatomii pęknięcia”. „Przeciw naturze”, zagadka 1: „dlaczego wydarzył się wypadek trolejbusa?”, zagadka 2: „dlaczego zatrzymała się historia?”. „Sześć”, zagadka 1: „jakie wyjście z tarapatów znajdzie główna bohaterka?”, zagadka 2: „czy można znaleźć kod komunikacji ze sztuczną inteligencją?”. Podobnych rzeczy szukam w kryminałach i dlatego moim ulubionym autorem tego gatunku jest Wojciech Chmielarz. Czytając jego książki nie tylko dostaję ciekawą intrygę i zagadkę „kto zabił”, ale również spojrzenie na ważny problem społeczny, np. mniejszość romską w Polsce.

Mam wrażenie, że coraz rzadziej te najlepsze współczesne historie są czysto gatunkowe. Może też dlatego, że coraz częściej autorzy i autorki płynnie przechodzą między różnymi półkami w księgarni. Rozumiem to zwłaszcza w kryminale, który w Polsce jest tak eksploatowany, że jedyną ucieczką przed wtórnością/przeciętnością wydaje się domieszka czegoś radyklanie innego. Jak Stuart Turton i „Siedem śmierci Evelyn Hardcastle”, albo „Modyfikowany węgiel” Richarda Morgana. Z SF sprawa jest o tyle ciekawa, że proces mieszania wynika po prostu z tego, że nasza rzeczywistość jest coraz bardziej SF – ileż to obecnie powstaje – świetnych – historii obyczajowych, thrillerów, kryminałów, które technicznie rzecz biorąc są SF, bo opisywana w nich rzeczywistość to nie nasza odległa przyszłość, ale nasze jutro, pojutrze, przyszły rok. Tak jest z tobą, ty poruszasz się na tej cienkiej granicy między „to jest SF” a „to właśnie się wydarza”. Przejdę wreszcie do pytania: czujesz, jako autor SF, że rzeczywistość coraz bardziej depcze ci po piętach?

Tak, zdecydowanie to czuję, aczkolwiek tym ryzykiem nie sposób zarządzić, ono jest wpisane w rolę pisarza „SF bliskiego zasięgu”. Zaś samo deptanie po piętach może się odbywać na dwa sposoby.

Po pierwsze, na płytszym poziomie, to kwestia nieadekwatnych dekoracji, które już kilka lat później mogą wydawać się wręcz śmiesznie. Jedną z moich wcześniejszych powieści „Święto rewolucji” pisałem w latach 2006-09, zaś akcja tradycyjnie przesunięta była o kilka lat do przodu. Tymczasem bohaterowie używają tam palmtopów. Książka została opublikowana w roku 2011, a wtedy triumf już święciły smartfony, które zmiotły z powierzchni ziemi tę wcześniejszą technologię.

Ale często można przeoczyć coś głębszego, co może redefiniować sens całej historii. Podam tutaj przykład z „Anatomii pęknięcia”. Opowiadanie otwierające zbiór, „Fikcja polityczna”, zostało napisane i ukazało się w „Nowej Fantastyce” w roku 2005. Tekst jest literacką spekulacją na temat przyszłości polityki w epoce big data. Przeprowadzam tam prosty eksperyment myślowy. Załóżmy, że naczelnym celem polityków jest zdobycie maksymalnej ilości głosów. W tym celu muszą poznać w najbardziej precyzyjny sposób opinię publiczną, żeby dostosować do ich poglądów swój program wyborczy. Im wiedza na temat społeczeństwa będzie pełniejsza (co właśnie umożliwiają big data), tym skuteczniej będzie się udawało maksymalizować poparcie. Tylko, że ma to swoje granice. Zadanie konstrukcji programu wyborczego zmienia się w matematyczny problem optymalizacyjny, które ma jedno, konkretne rozwiązanie. Poparcie nigdy nie będzie wynosiło 100%, ponieważ rzecz, którą obiecujemy jednemu wyborcy, może się nie spodobać innemu. W efekcie prowadzi do upodabniania się do siebie partii i polityków – każdy chce wygrywać, a matematycznie istnieje jedna wygrywająca kombinacja.

Takie było moje myślenie, z perspektywy czasu dość naiwne. Przyjąłem bowiem założenie wewnętrznej spójności głoszonych poglądów. To znaczy, że jeśli obiecujemy coś jednemu wyborcy, to nie możemy obiecać czegoś przeciwnego innemu. Tymczasem historia z wyborami Trumpa czy też kampania za Brexitem pokazała coś zupełnie innego. Nowe media umożliwiają dotarcie ze spersonalizowanym komunikatem niemalże do każdego odbiorcy z osobna. Każdemu można zaproponować rzeczy dla niego ważne i wewnętrzna spójność komunikatu przestaje się liczyć. Z perspektywy roku 2021 trzeba by ten tekst napisać inaczej. Nie znaczy to jednak, że zdezaktualizował się całkowicie i wciąż uważam, że było warto zamieścić go w zbiorze.

Na koniec zapytam cię o Lema. Mam wrażenie, że twoja proza jest bliska jego twórczości, w tym względzie, że warstwa „problemowa” jest bardzo rozbudowana, nie wahasz się przed robieniem „wykładów” czy rozpisywaniem rozbudowanych dyskusji; jakbym obserwował Lemowskich naukowców dywagujących nad zagadkami obcej cywilizacji. W skrócie: dużo science w twoim fiction. Chciałbym cię zapytać o „cień Lema”, czyli tworzenie SF z takim gigantem za plecami. Bo, mam wrażenie, w Polsce równowaga między SF rozrywkową a problemową/hard SF jest mocno przechylona w stronę tej drugiej, i wydaje mi się, że wynika to z wpływu Stanisława Lema na rodzimą literaturę fantastyczną.

Nie wiem czy się zgodzę, że polska SF jest przechylona w stronę problemową. Wydaje mi się, że w tym gatunku w Polsce dominuje raczej luźniejsza space-opera niż gęsta, problemowa proza pisana w duchu Lema, ale może nie śledzę rynku wystarczająco uważnie.

Jeśli idzie natomiast o „cień Lema” to pełna zgoda. Ja się na Lemie wychowałem, Lemowi zawdzięczam jedne z największych intelektualnych przygód życia i jego twórczość na pewno ma gigantyczny wpływ na moje pisanie. W dwóch starszych powieściach starałem się zresztą oddać hołd Lemowi w bardzo bezpośredni sposób. W „Strukturze” umieściłem scenę, w której główny bohater nabiera poważnych wątpliwości, czy nie postradał zmysłów, czy może śni, albo ma halucynacje. Aby zweryfikować tę hipotezę, działa w niezwykle racjonalny sposób. Przeprowadza na sobie eksperyment, który jest kopią eksperymentu wykonanego przez Kelvina, bohatera powieści „Solaris”. Natomiast w „Święcie rewolucji” pojawia się koncepcja „meta-powieści”, nawiązująca wprost do „Gigamesha”, czyli apokryfu zrecenzowanego przez Lema w „Doskonałej próżni”. Gdybym miał wskazać najważniejszą dla siebie książkę Lema, wybrałbym parę „Śledztwo” i „Katar”, często zresztą wydawane w jednym woluminie. Obie te książki dotyczą podobnego tematu, jakim jest refleksja na temat prawdopodobieństwa i statystyki oraz umiejętności rozpoznawania wzorców w chaotycznym świecie. Tak się składa, że są to zagadnienia, które fascynują mnie najbardziej i którym również poświęciłem swoje życie zawodowe. I podobne obsesje przewijają się praktycznie we wszystkich moim wcześniejszych książkach, „Anatomia pęknięcia” jest tutaj wyjątkiem od reguły. Kto wie, gdyby nie Lem, gdyby nie lektura „Śledztwa” i „Kataru” w odpowiednio młodym wieku, może byłbym teraz zupełnie innym człowiekiem?

Fot. Mikołaj Starzyński

Next Post

Previous Post

Leave a Reply

© 2021 Marcin Zwierzchowski

Theme by Anders Norén