Aktor znany z takich filmów jak „X-Men: Pierwsza klasa”, „Brud” czy „Split” opowiada o swojej roli w serialu „Mroczne materie” produkcji HBO, będącym adaptacją książek Philipa Pullmana.
Marcin Zwierzchowski: Kim jest Lord Asriel w 3. sezonie „Mrocznych materii”?
James McAvoy: On się nie zmienił od finału sezonu 1., ani przez ten krótki epizod w sezonie 2. To wciąż człowiek niezwykle skupiony na swoim celu, przekonany o własnych racjach. O tym, że jego zadaniem jest pokonanie Autorytetu i wyzwolenie ludzkich dusz z kajdan instytucjonalnej opresji. Asriel uważa, że każde działanie zmierzające do osiągnięcia tego jest uzasadnione. Zabicie dziecka – można. Kłamanie, oszukiwanie, kradzieże – jak najbardziej.
To zdanie, które sobie wyznaczył, będzie dla niego prawdziwą próbą. Osobistym aspektem tego będzie natomiast zmierzenie się przez Asriela z własnym ego i przekonaniem o byciu w centrum wszechświata, podczas gdy to jego córka może być ważniejsza. A mowa o człowieku, który przez całe swoje życie ignorował obowiązek bycia ojcem i partnerem. W 3. sezonie będzie więc musiał odpowiedzieć na pytania o to, czym jest ojcostwo. Od tych odpowiedzi natomiast może zależeć, czy równowaga między złem a dobre przechyli się na korzyść którejkolwiek ze stron.
Opisałby więc pan Asriela jako antagonistę?
Czasami nim bywa, to na pewno. Co dla nas jako twórców serialu bywa problematyczne, ponieważ format telewizyjny wymagałby, byśmy śledzili losy dobrych bohaterów i na nich się skupiali. W przypadku Asriela musimy więc co jakiś czas przypominać samym sobie: on nie jest jednym z tych dobrych. Niekoniecznie jest czarnym charakterem. To dobry człowiek, który czasami robi okropne rzeczy, a jego działania generalnie nie pomagają naszym bohaterom.
To wszystko czyni go szalenie interesującą postacią, a dla mnie – rolą. Czyni moją pracę ekscytującą. W przypadku Asriela również w książkach nie znajdziemy jakiegoś nadmiaru informacji co do tego, co on faktycznie robi. Philip [Pullman, autor serii powieści „Mroczne materie” – przyp. red.] wiele jedynie sugeruje. Musieliśmy więc to w serialu rozbudować, oczywiście z pomocą Philipa.
Asriel przywodzi na myśl XIX-wiecznych arystokratów-odkrywców. Pracując nad tą rolą, inspirował się pan jakimiś konkretnymi postaciami, fikcyjnymi bądź prawdziwymi?
Ma w sobie coś z Ranulpha Fiennesa. Poza tym jednak nie przychodzą mi do głowy żadne inne postacie. Kreując go chciałem, by miał w sobie coś z angielskiej sztywności i poczucia wyższości, coś jak podejście absolwenta szkoły dla elit. Na pewno też chciałem, by miał zaplecze służby w armii i podejście nie cackania się z nikim. To chyba widać w tym, jak się zachowuje. Jest w tym coś socjopatycznego, coś z widzenia siebie w centrum uwagi wszechświata. Nie czerpałem tego z żadnej jednej osoby, ale raczej destylowałem postawy charakterystyczne dla pewnego typu ludzi.
Musiał pan trochę czekać, by móc pokazać nam to wszystko. W pierwszych dwóch sezonach jest mało Asriela, dopiero w 3. dostaje więcej czasu ekranowego. Czekał pan niecierpliwie na tę okazję, by się pokazać?
W pierwszych sezonach było mnie faktycznie bardzo mało, ale też niektóre z tych scen pozostają moimi ulubionymi. Kocham grać Asriela. Dlatego mimo iż dotychczas moja rola była skromna, uwielbiałem tę pracę.
Drugi sezon był dla mnie rozczarowujący w tym względzie, bo mieliśmy zaplanowany cały odcinek poświęcony Asrielowi, które to plany zostały jednak porzucone, ze względu na COVID. Co teraz mnie cieszy, to fakt, że po tym ciągłym gadaniu o wojnie z Niebiosami, o starciu Republiki Asriela z aniołami, o tym, że Niebo musi upaść – wreszcie będziemy mogli to pokazać, spełnić te oczekiwania.
„Mroczne materie” to rozrywka, mierzy się jednak z tematami takimi jak wolność czy opresja, nie ucieka od nich.
Jestem dumny z faktu, że kręcimy serial dla całej rodziny – a naprawdę sądzę, że to właśnie taki typ produkcji – i nie uciekamy przed zadawaniem trudnych pytaniem, przed kwestionowaniem systemów władzy i instytucji, które nas kontrolują. Wskazujemy ludziom na różnice między wiarą a instytucjami wiary. Bardzo mnie to cieszy, bo zazwyczaj w podobnych produkcjach wiele się wygładza, a ich przesłanie rozmywa.
Czuję, że tworzymy prawdziwie wartościową opowieść, coś, co sprawi, że ludzie rozejrzą się wokół siebie i zaczną zastanawiać się nad porządkiem rzeczy. Przy okazji zaś tworzymy coś ekscytującego. To właśnie Philip Pullman robi najlepiej – porusza ambitne tematy, zadanie trudne pytania, czasami bywa kontrowersyjny, ale w tym wszystkim nie zapomina, by opowiadać angażujących historii.
Jak wygląda praca na planie tak ambitnego produkcyjnie serialu? Jest w tym czas na luz, czy jednak skala produkcji wymusza nieustanne skupienie i wymęcza.
Splendor to to, co dzieje się tu, teraz [James McAvoy nawiązuje do eventu prasowego i obecności na New York Comic Com – przyp. red.]. Takie rzeczy, te wszystkie czerwone dywany i tym podobne, przydarzają się raz, może dwa razy w roku. Pozostałe aspekty tej pracy są cholernie wyczerpujące. Rzecz jasna na planie udaje nam się nieco rozerwać. Choćby fakt, że pracowaliśmy z marionetkami nam tego dostarczał. Częściej jednak między ujęciami musieliśmy planować, jak podejść do danej sceny, jak przekazać to, co jest w scenariuszu, co ludzie znają tak dobrze z książek.
Wywiad z Jamesem McAvoyem został przeprowadzony w ramach New York Comic Con 2022.
Wywiad pierwotnie ukazał się na polityka.pl
