if ( function_exists( 'wp_body_open' ) ) { wp_body_open(); } ?>
Marcin Zwierzchowski

Kulturalny Człowiek

Dzieci vs. potwory

Trylogia „Ulica strachu” Netflixa przypomina, że bohaterami i ofiarami współczesnych horrorów są coraz częściej dzieci. Ale nie po to, by dzieci je oglądały, tylko by dorosły widz przeżył na nowo własne dzieciństwo.

Dzieci również lubią się bać. W świecie gier niesłabnącą popularnością cieszy się kierowana do młodszych odbiorców seria „Five Night’s at Freddy’s”, w której należy przetrwać ataki „animatroników”, czyli wyglądających jak urocze maskotki potworów. W księgarniach znaleźć można cykl „Kroniki Wardstone” Josepha Delany’ego, gdzie przygodowa opowieść o nastoletnim uczniu łowcy czarownic nader często skręca w stronę grozy jeżącej włosy na karku nawet dorosłego czytelnika. Niezwykle głośną, zarówno jako powieść autorstwa Neila Gaimana, jak i nominowana do Oscara animacja, była przerażająca „Koralina”, szczególnie popularna wśród kilkunastoletnich dziewczynek. Na ekrany kin również co rusz trafiają straszne historie dla najmłodszych, od „Wiedźm” (w 2020 r. mogliśmy oglądać nową adaptację książki Roalda Dahla z Anne Hathaway), przez „Rodzinę Addamsów”, „Nawiedzony dwór” z Eddiem Murphym, po „Gęsią skórkę” na podstawie książek R.L. Steine’a, i „Zegar czarnoksiężnika” z Jackiem Blackiem i Cate Blanchett, który wyreżyserował absolutny specjalista od krwawej i makabrycznej grozy Eli Roth („Hostel”, „Śmiertelna gorączka”).

Powiększa się też kategoria horrorów, których bohaterami i bohaterkami są dzieci. Te filmy i seriale mają w sobie wiele z historii przygodowych, ale są na tyle przerażające, a niekiedy również brutalne, że trudno wyobrazić sobie oglądającą je dziesięciolatkę. Najgłośniejszym przykładem z ostatnich lat jest kultowy już obecnie serial „Stranger Things” – opowieść o przyjaźni, o grach planszowych, o pierwszej miłości, z mnóstwem uroczych dziecięcych postaci, przesycona nawiązaniami do klasyków pokroju „E.T.” czy „Goonies”. A jednocześnie – mroczny, mrożący krew w żyłach horror, w którym trup ściele się gęsto, gdzie ofiarami stwora zwanego demogorgonem padają znajomi młodych bohaterów, i wreszcie gdzie jedna z głównych postaci, Jedenastka, za pomocą myśli łamie karki kilku osobom, a później rozsadza mózgi członkom kolejnej grupki dorosłych.

Stranger Things

Horror nie tylko dla dzieci

Grozy wysyłającej podobnie sprzeczne sygnały jest więcej. Kinowym bliźniakiem serialowych „Stranger Things” był film „To” w reżyserii Andy’ego Muschettiego (twórcy hitu Netflixa, bracia Duffer, zrealizowali serial niejako w „odpowiedzi” na odrzucenie ich przez Warnera jako reżyserów adaptacji powieści Stephena Kinga). Znów: sympatyczne dzieciaki, piękna opowieść o chłopięcej przyjaźni i „odkrywaniu” dziewczyn, ale przede wszystkim horror o pożerającym dzieci demonicznym klaunie Pennywisie, którego Bill Skarsgård gra tak niesamowicie, że nie ma granicy wieku, powyżej której przyznanie się do lęku przed nim jest obciachem.

Przy czym jeżeli chodzi o film „To”, pewną wskazówką co do wieku odbiorcy docelowego może być nazwisko Stephena Kinga jako autora oryginału. Co jednak z „Upiornymi opowieściami po zmroku” w reżyserii André Øvredala, który adaptował popularną serię strasznych historii dla dzieci autorstwa Alvina Schwartza? Jego film – znów, z dziećmi na pierwszym planie, w roli bohaterów i ofiar – przyprawia o dreszcze, o co zresztą jako producent zadbał mistrz horroru Guillermo del Toro. Kto chciałby pokazać ten film swoim pociechom, zdziwi się nie tylko intensywności scen grozy, ale i zakończeniem, niezwykle ponurym i bolesnym, kompletnie niepasującym do fabuł dla młodych odbiorców.

Zwieńczeniem tej tendencji jest „Ulica strachu”, czyli produkowana przez Netflix trylogia filmów, luźno adaptująca serię książek R.L. Steine’a o takim samym tytule. Reżyserką wszystkich trzech obrazów jest Leigh Janiak. Podobnie jak w przypadku „Upiornych opowieści…” mamy do czynienia z ekranizacją popularnych horrorów dla dzieci. Podobnie jak „Stranger Things” (prywatnie Janiak jest żoną Rossa Duffera, jednego z twórców tego serialu) ma bardzo młode grono bohaterów, którzy przeżywają swoje pierwsze zauroczenia, szukają własnej tożsamości i… giną w niezwykle brutalnych okolicznościach. „Ulica strachu” przynosi wszystko to, co przywoływane wcześniej horrory z dziećmi w rolach głównych, ale jednocześnie nie ma hamulców w kwestii pokazywanej na ekranie przemocy. Trochę jakby „Stranger Things” w temacie uśmiercania bohaterów i bohaterek postanowiło zainspirować się „Piłą”, „Teksańską masakrą piłą mechaniczną” lub „Krzykiem”. To już – zdecydowanie – nie są filmy dla młodych widzów.

Ulica strachu

Uśmiercanie nastolatków

Skąd pomysł na uczynienie dzieci bohaterami makabrycznych historii? Janiak odpowiada: wpisywała się w bogatą tradycję uśmiercania nastolatków. Jako reżyserka przywołuje filmy grozy i slashery (rodzaj horroru wyróżniający się schematem stopniowego mordowania kolejnych bohaterów przez psychopatycznego zabójcę, aż do ostatecznej konfrontacji, najczęściej z kobietą/dziewczyną, tzw. final girl) z lat 70. i 80. Faktycznie, filmy takie, jak „Koszmar z ulicy Wiązów” czy „Halloween” skupiały się na młodych bohaterkach, ale z drugiej strony – zarówno grająca w pierwszym z tych obrazów Heather Langenkamp, jak i Jamie Lee Curtis miały podczas pracy nad nimi po 20 lat. To przepaść, jeżeli porównamy z drugą częścią „Ulicy strachu”, zatytułowaną „1978”, gdzie na obozie ofiarami są dzieci o połowę młodsze.

– Jest w horrorze coś, co sprawia, że takie historie rozkwitają, gdy dotyczą właśnie nastolatków, przekonanych o tym, że nic nie może się im stać, o swego rodzaju niezniszczalności – twierdzi Janiak. Ale jednocześnie podkreśla, że filmy składające się na trylogię mają oznaczenie „R”. – Co jasno wskazuje, że są kierowane do dojrzałej widowni, a więc starszych nastolatków i dorosłych.

Tu dochodzimy do odwiecznej dyskusji o tym, gdzie stawiać granice w przypadku treści dla dzieci. Janiak sama ma wspomnienia z oglądania filmów grozy już w bardzo młodym wieku, w tajemnicy przed rodzicami, niemalże w charakterze sprawdzenia własnej wytrzymałości. – Istnieje pewien rodzaj przyjemności związany z oglądaniem tego, czego oglądać się nie powinno, mając na przykład 12 lat – mówi reżyserka. I dodaje: – Popieram taką postawę – sprawdzania swoich ograniczeń, przekraczania ich, przynajmniej jeżeli chodzi o wytyczne co do tego, co dzieciom wolno, a czego nie wolno oglądać. Urodzona w 1980 r. Janiak wspomina, że jeszcze w latach 80. oglądała takie filmy, jak „Laleczka Chucky” czy „Koszmar z ulicy Wiązów”, a w latach 90. kontynuowała swoją przygodę z grozą – „Krzyk”, który rozpoczął nową erę popularności slasherów, do kin trafił, gdy Leigh Janiak miała 16 lat.

Wniosek musi więc być taki: współcześni twórcy i twórczynie strasznych historii, wychowani na krwawych filmach, których nie powinni wówczas oglądać, tworzą przesadnie makabryczne fabuły dla dorosłych, a następnie, poprzez dobór postaci w odpowiednim wieku i selekcję wątków interesujących dla młodzieży, „kuszą” nimi najmłodszych. Zgadza się?

Czegoś wciąż w tym wszystkim jednak brakuje. Sugeruje to Leigh Janiak, mówiąc o formacyjnych dla siebie filmach Stevena Spielberga. – Lata 80. i 90. to również [w kinie] pewne romantyczne wyobrażenie o życiu na amerykańskich przedmieściach. Sama wychowałam się na przedmieściach, w samej ich idei jest dla mnie coś wyidealizowanego i pięknego, ale jednocześnie przytłaczającego. Chyba dlatego horror tak rozkwita w tej scenografii.

– Nie wiem dlaczego, ale coś we mnie sprawiało, że byłam bardzo podekscytowana perspektywą najpierw zbudowania planów odzwierciedlających to idealne życie na przedmieściach, a następnie zniszczenia tych scenografii – dodaje reżyserka. – Był to temat wielu rozmów z moim scenografem – jak miejsca, które są tak znajome i powszechne w wyobraźni widowni, na przykład centrum handlowe, rozwalić i zalać dużą ilością krwi.

„Ulica…” była więc dla Janiak okazją do cofnięcia się do wspomnień młodości, a następnie wykręcaniem zakodowanego w głowie obrazu, stworzeniem jego przeciwieństwa – wizji mrocznej, brutalnej, pełnej chaosu i zniszczenia. Wynika z tego jasno, że filmy, takie jak trylogia „Ulica strachu”, „To”, „Upiorne opowieści po zmroku” czy serial „Stranger Things”, choć skupione na dziecięcych postaciach, nie są kierowane do dzieci – to filmy dla nas, dorosłych, o nas. Po prostu my jesteśmy dziećmi z tych historii. I nie bez powodu w tych historiach sami dorośli są albo nieobecni, albo zepchnięci na margines – nie są nami jako postacie, z którymi możemy się utożsamiać, bo utożsamiamy się z młodymi bohaterami. Te dzieci są naszymi awatarami.

Upiorne opowieści po zmroku

Horrory są retro

Znamienne jest to, że wszystkie te horrory są historiami retro. „Ulica strachu” rozgrywa się w roku 1994 i 1978 (oraz 1666), „Upiorne opowieści…” w roku 1968, a „To” i „Stranger…” pod koniec lat 80. Na logikę – gdyby Janiak i jej koledzy i koleżanki po fachu chcieli „kusić” współczesne dzieci, jaki sens miałoby pieczołowite odtwarzanie popkulturowego krajobrazu lat 80.? Co „E.T.” obchodzi dzisiejsze nastolatki? Które z nich rozpoznają piosenkę „The Man Who Sold the World” Davida Bowiego albo „Closer” Nine Inch Nails? To starszy widz wzdycha nostalgicznie do tych epok, to on wspomina magię własnej młodości. „Stranger Things” to w równym stopniu list miłosny do Stephena Kinga, jak i Stevena Spielberga – w ostatnich dekadach XX w. to oni władali naszą wyobraźnią. Które dziecko rozpozna, że początek „Ulicy strachu, części 1: 1994” to hołd dla „Krzyku”, a „1978” garściami czerpie z pierwszych slasherów z lat 70., gdzie popularną scenografią były obozy dla młodzieży? To zabawa dla tych, którzy w dowodzie mają odpowiednio odległą datę urodzenia.

I czy dokładnie tego samego nie robimy ze wszystkim innym? Co rusz odświeżamy zakurzone franczyzy i ich wiekowych bohaterów („Star Trek: Picard”, kręcony właśnie nowy „Indiana Jones”, „Gwiezdne wojny”, gdzie obok nowych twarzy pojawiają się bohaterowie oryginalnej trylogii), kręcimy hołdy dla kina, które nas ukształtowało („Super 8”), kontynuacje seriali, które niezwykle silnie wyryły się w naszej pamięci („Z Archiwum X”, „Twin Peaks”). Efektownie krwawa seria „Ulica strachu”, której twórcy prześcigali się w kreatywności pod względem sposobów na mordowanie dzieci, to zatem wspomnienia starych hitów w rodzaju „Goonies” czy „E.T.”, przetworzone przez filtr brutalnej wyobraźni dorosłych. – Możemy sprawić, że polubicie jakąś postać, zżyjecie się z nią, że będziecie drżeć o jej los, gdy zauważycie zbliżające się niebezpieczeństwo, ale jednocześnie, gdy już nadejdzie ten okrutny koniec, będziecie w stanie docenić efektowność i kreatywność makabry – mówi Janiak. – To ten moment, gdy widownia stwierdza z podziwem: „Jeszcze nie widziałam, by kogokolwiek tak zamordowano!”. „Ulica strachu” oferuje co najmniej kilka takich scen. I faktycznie, jest w nich coś, w sensie filmowym, niewytłumaczalnie ekscytującego.

Pierwotnie artykuł ukazał się w tygodniku „Polityka”.

Next Post

Previous Post

Leave a Reply

© 2021 Marcin Zwierzchowski

Theme by Anders Norén