if ( function_exists( 'wp_body_open' ) ) { wp_body_open(); } ?>
Marcin Zwierzchowski

Kulturalny Człowiek

„Shang-Chi” to nowa jakość w MArvelu

Rozwijane od 2008 (premiera „Iron Mana”) roku Kinowe Uniwersum Marvela, czyli MCU, potrzebowało zastrzyku świeżej krwi, by wyrwać się ze szponów rutyny. „Shang-Chi” spełnia pokładane w nim nadzieje, bo w ramach znanej formuły udało się znaleźć unikalną tożsamość tego bohatera, a zarazem i filmu.

„Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni” to udany film, jeden z lepszych obrazów Marvela w ostatnich latach, a jeżeli zawęzić kategorię do fabuł wprowadzających nowe postaci, to w ogóle ścisła czołówka. Widziałbym „Shanga…” na równi z „Czarną Panterą”.

Paradoksalnie, film ten najlepszy jest wtedy, gdy jest najdalszy od tego, czego możemy spodziewać się po obrazie Marvela. „Shang-Chi” to wciąż ta sama formuła połączenia akcji i humoru, ale idzie też swoimi ścieżkami, wyznaczonymi inspiracjami Wschodem, zarówno fabularnie, jak i wizualnie. Kluczem są rzecz jasna choreografie walk, ożywczo inne od tego, co zazwyczaj serwuje nam Marvel; nawet gdy w grę ostatecznie wchodziły nadludzkie zdolności, wciąż było to wszystko o niebo prawdziwsze niż choćby te cudactwa z finału „Czarnej Wdowy”. W skrócie: na ekranie przeważnie walczyli ludzie, a nie półbogowie, a ciosy zadawano głównie pięściami i stopami, a nie samochodami czy fragmentami budynków.

Nie pozostaję ślepy na wiele niedociągnięć „Shanga…”, ale jednocześnie nie jestem w stanie oprzeć się urokowi tej historii i jej bohaterów. Opowieść naprawdę mnie zaangażowała (aż do finału, który można było rozwiązać lepiej, a który wpada w koleiny schematów MCU), podobnie jak większość sekwencji akcji, gdzie wreszcie ludzie autentycznie się bili, a nie rzucali sobą w budynki. Kluczem było dobrze nakreśleni bohaterowie, poczynając od tytułowego Shang-Chi, przez jego przyjaciółkę, katy, aż po ojca Shanga, Wenwu, który okazał się jednym z najciekawszych, o ile nie najciekawszym czarnym charakterem MCU (głównie dlatego, że nie był stereotypowy, że byliśmy w stanie go zrozumieć, że ewidentnie były dla nas targające jego duszą emocje).

Nie chcę być źle zrozumiany – to wciąż bardzo wyraźnie film Marvela, nie zabraknie popisowych zagrywek w stylu Kevina Feigego i spółki, ale jednocześnie modyfikacji znanej formuły jest tu dość, by zrodziło się coś ciekawego i nie tchnącego zmęczeniem, jak „Czarna Wdowa”. Shang-Chi to ciekawy dodatek do Marvelowskiego panteonu superbohaterów.

Next Post

Previous Post

Leave a Reply

© 2021 Marcin Zwierzchowski

Theme by Anders Norén