if ( function_exists( 'wp_body_open' ) ) { wp_body_open(); } ?>
Marcin Zwierzchowski

Kulturalny Człowiek

Disney vs twórcy

Na premierę filmu „Spider-Man: Bez drogi do domu” cień rzucają kolejne pozwy o prawa do tej i innych postaci Marvela. Napięcia wokół Disneya, właściciela komiksowego giganta, są coraz większe.

Znamy takie spory z historii. Twórcy postaci Supermana, Joe Shuster i Jerry Siegel, jako dwaj młodzi artyści z marzeniami, sprzedali swojemu wydawcy prawa do tej postaci za 130 dol. Później, gdy komiks stał się fenomenem, próbowali pozwać DC Comics o większą kompensację, w odpowiedzi na co zostali zwolnieni. Obaj żyli w biedzie, Siegel miał nawet sypiać na ławce w parku, a Shuster zmarł pogrążony w długach. Zapomniany i w niedostatku odszedł również Bill Finger, współtwórca postaci Batmana, który oficjalnego uznania tego faktu i odnotowywania w komiksach czy filmach się nie doczekał – nastąpiło to dopiero w 2015 r., ponad 40 lat po jego śmierci.

Znamy takie spory również z Polski. W październiku 2018 r. Andrzej Sapkowski zagroził pozwem twórcom serii gier „Wiedźmin”, firmie CD Projekt, argumentując, że wynagrodzenie, jakie otrzymał za prawa do realizacji gier – wedle nieoficjalnych doniesień 35 tys. zł – jest niewspółmierne do zysków, jakie firma z nich osiągnęła. Pisarz oparł się na art. 44 prawa autorskiego, wedle którego „w razie rażącej dysproporcji między wynagrodzeniem twórcy a korzyściami nabywcy autorskich praw majątkowych lub licencjobiorcy twórca może żądać stosownego podwyższenia wynagrodzenia przez sąd”. Skończyło się ugodą zawartą w grudniu 2019 r.

Jeżeli o batalii Sapkowskiego z gigantem rynku gier słyszeli amerykańscy twórcy komiksów, zapewne spoglądali na ten przypadek z zazdrością. Ich żądania są bowiem zbywane przez wydawców od dekad. Wraz z rosnącymi, idącymi w miliardy dolarów, zyskami z filmów, seriali czy gier z superbohaterami, niezadowolenie tych, na których pracy bazują wielkie studia, tylko rośnie. Zwłaszcza Disney, właściciel Marvela, „Gwiezdnych wojen” i szeregu innych popularnych franczyz, otworzył wiele frontów walki z twórcami. Artyści komiksowi domagają się choćby okruchów z gigantycznego tortu zysków z kina superbohaterskiego, pisarze żądają zaległych tantiem, a aktorka Scarlett Johansson niedawno wygrała swoją batalię o należne wpływy z filmu „Czarna Wdowa”. Tymczasem w samym tylko 2020 r. koncern zarobił 65 mld dol.

W kolejce po pieniądze

Wpływy Marvel Studios z 26 dotychczas powstałych filmów z tzw. Kinowego Uniwersum Marvela zbliżają się do 24 mld dol. Te filmy, ale i seriale – wcześniej produkowane m.in. przez Netflixa, dziś głównie przez platformę streamingową Disney+ – powstają z wykorzystaniem postaci ze „stajni” Marvela, ale i konkretnych fabuł. Mający niedawno premierę serial „Hawkeye”, z Piotrem Adamczykiem w obsadzie, zapożyczał, co tylko mógł, z komiksów scenarzysty Matta Fractiona i rysownika Davida Ajii. Włącznie z postacią Polaka, stworzoną na potrzeby tej konkretnej fabuły. Powstający właśnie „Thor: Love and Thunder” będzie silnie inspirowany historiami o Bogu Gromu pióra Jasona Aarona; Christian Bale wciela się w wykreowaną właśnie przez Aarona postać Gorra Bogobójcy. Z kolei film „Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów” przerobił to, co wcześniej stworzyli scenarzyści Mark Millar (w komiksie „Wojna domowa”) i Ed Brubarker.

Zimowy żołnierz

W ostatnim czasie zwłaszcza ten drugi często i głośno wyrażał swoje niezadowolenie z tego, jak został potraktowany przez Marvela/Disneya. „Wojna bohaterów” zarobiła w kinach 1,15 mld dol., z czego Brubarker i rysownik Steve Epting, twórcy centralnej dla scenariusza postaci Zimowego Żołnierza, nie otrzymali nic. Owszem, pierwszy z nich coś zarobił, ale tylko dlatego, że reżyserzy filmu, bracia Russo, zaprosili go, by wystąpił w epizodycznej roli. Twierdził, że za to cameo otrzymał więcej niż za fakt współtworzenia centralnej dla filmu postaci. A gdy z Eptingiem stawili się na premierze filmu, najpierw okazało się, że ich bilety nie gwarantują wejścia z gwiazdami produkcji, tylko ze zwykłymi widzami, a potem – że nie ma ich na liście gości przyjęcia. Ostatecznie na nie weszli, ale tylko dzięki esemesowi wysłanemu do Sebastiana Stana, odtwórcy roli Zimowego Żołnierza, który ich wprowadził.

„The Guardian” opisywał, że praktyką Marvela jest, by twórcy postaci i fabuł fundamentalnych dla filmów czy seriali dostawali zaproszenie na premierę oraz czek na 5000 dol., które w domyśle mają pokryć koszty związane ze stawiennictwem na rzeczonym wydarzeniu. Bardzo nieliczni potrafią wynegocjować coś więcej. Przykładem Jim Starlin, niegdyś wpływowy redaktor w wydawnictwie Marvel, jak i twórca takich postaci jak Gamora czy Drax (członkowie drużyny Strażników Galaktyki) oraz Thanos, czyli główny przeciwnik Marvelowskich superbohaterów, ostatecznie pokonany w filmie „Avengers: Koniec gry” (2,8 mld dol. wpływów z kin).

Starlin walkę o swoje zaczął w 2017 r., kiedy przyznał w wywiadzie, że Warner Bros. (właściciel DC Comics) więcej zapłacił mu za wykorzystanie w filmie „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” postaci KGBeasta, znanej tylko najbardziej zagorzałym komiksiarzom, niż Marvel dał mu za wymyślenie części ich składu Strażników Galaktyki i głównego czarnego charakteru całego Kinowego Uniwersum Marvela. Scenarzysta ostatecznie dopiął swego, wywalczył dodatkowe wynagrodzenie, ale był wyjątkiem, i jak sam podkreśla, Marvel po prostu w ten sposób uciszył jego donośne narzekanie. Niewykluczone, że udało mu się to dzięki wstawiennictwu braci Russo, z którymi ewidentnie się polubił, skoro w scenariusz „Końca gry” wpisali mu rólkę – wprawdzie małą, ale jednak mówioną.

Studio Warner Bros. kwestie płacenia twórcom komiksów rozwiązało trochę lepiej i przynajmniej kompleksowo – studio płaci zawsze, gdy jakaś postać pojawi się na ekranie. Stąd właśnie pieniądze dla Starlina za bohatera tak mało znaczącego jak KGBeast. Legendarny redaktor i scenarzysta Len Wein swego czasu przyznał, że więcej zarobił na fakcie, że Christopher Nolan w swojej filmowej trylogii o Batmanie wykorzystał stworzoną przez niego postać Luciusa Foxa (Morgan Freeman) niż za to, że był współtwórcą Marvelowskiego Wolverine’a, w którego Hugh Jackman wcielił się w aż 9 filmach.

W kolejce po pieniądze do Marvela ustawili się również spadkobiercy gigantów, których rękoma i talentem budowany był Marvel. W amerykańskich sądach właśnie trwa batalia na pozwy między Disneyem a reprezentującymi interesy m.in. Steve’a Ditki (współtwórca Spider-Mana i Doktora Strange’a), Dona Hecka (współtwórca Iron Mana, Czarnej Wdowy i Hawkeya) czy Larry’ego Liebera (współtwórcy Iron Mana, Thora i Ant-Mana), prywatnie młodszego brata legendarnego Stana Lee. To kolejny odcinek sądowego serialu trwającego od dekad. Wedle przepisów amerykańskiego prawa twórcy lub ich spadkobiercy mogą próbować odzyskać własność do swoich kreacji, jeżeli upłynęło dostatecznie wiele lat. Gdyby sąd wydał wyrok nie po myśli Marvela/Disneya, ci mogliby korzystać ze Spider-Mana czy Iron Mana, musieliby jednak zacząć się dzielić ze spadkobiercami ich twórców zyskami.

Można, cytując prawników Disneya, tłumaczyć, że w powyższych sporach prawo stoi po stronie korporacji, nie twórców, bo ci podpisali umowy i przekazali własność intelektualną Marvelowi (choć pozywający tłumaczą, że umowy work-for-hire, gwarantujące takie całkowite przeniesienie praw autorskich, obowiązują tylko pracowników etatowych, a scenarzyści i rysownicy pracowali jako tzw. wolni strzelcy). Można twierdzić, że umowa to umowa i jej zapisy są święte. Sęk w tym, że najwyraźniej nie zawsze.

Kolejny front walki Disneya z twórcami niedawno otworzył Alan Dean Foster, autor kultowy dla fanów „Gwiezdnych wojen” czy „Obcego”. To Foster był faktycznym autorem powieści „Nowa nadzieja”, podpisanej nazwiskiem George’a Lucasa. To Foster napisał „Spotkanie na Mimban”, czyli pierwszą książkę w tzw. Star Wars Expanded Universe, czyli zbiorze mnóstwa historii m.in. powieściowych i komiksowych, które przez dekady rozbudowywały świat „Gwiezdnych wojen” i utrzymywały go przy życiu, gdy w kinach nie gościły żadne filmy. Obecnie kluczowe wątki i postaci z tych fabuł są wykorzystywane przez Disneya w nowych produkcjach. Foster również pisał oficjalne nowelizacje filmów z serii „Obcy” (niedawno zostały wznowione w Polsce przez wydawnictwo Vesper). A Disney jest również właścicielem tego uniwersum – przejął je, kupując wytwórnię 20th Century Fox. Wedle doniesień toczącego spór z Disneyem w imieniu Fostera stowarzyszenia Science Fiction and Fantasy Writers of America korporacja uważa, że przejmując różne studia i wydawnictwa, nabyła prawa do korzystania z ich własności intelektualnej, ale już nie obowiązek wypłacania tantiem ich twórcom. Fosterowi należały się pieniądze od każdego sprzedanego egzemplarza książek, które napisał, lecz Disney uznał, że akurat tych zapisów respektować nie musi.

Thanos

Poszło o procent

Gdy o sprawie zrobiło się głośno, szybko okazało się, że przypadek Foster to nie wyjątek, lecz reguła. Disney po prostu nie wypłaca tantiem artystom, którzy tworzyli historie dla takich marek, jak „Buffy: Postrach wampirów”, „Gwiezdne wojny”, „Indiana Jones”, „Gwiezdne wrota” czy „Predator”. W efekcie zawiązała się grupa zwana DisneyMustPay Joint Task Force, czyli w wolnym tłumaczeniu Zespół Specjalny ds. Zmuszenia Disneya do Płacenia, w skład której weszły nie tylko amerykańskie organizacje zrzeszające twórców fantastyki naukowej, fantasy czy horrorów, ale i romansów oraz kryminałów. Twarzami ruchu są m.in. Neil Gaiman, Tess Gerritsen, Chuck Wendig czy Mary Robinette Kowal, prezeska SFFWA. Na Twitterze popularny jest #DisneyMustPay, założono również stronę WritersMustBePaid.org, z formularzem zgłoszenia dla wszystkich poszkodowanych.

Jakiekolwiek reakcje w tego typu sporach wymusza dopiero ogłoszenie swoich problemów prasie – ale tylko wówczas, gdy kwestię podchwycą największe tytuły. Dzięki temu swoje wywalczył Jim Starlin, a także ostatecznie Alan Dean Foster, oraz James Kahn i Donald F. Glut, czyli autorzy nowelizacji oryginalnej trylogii „Gwiezdnych wojen”. Artyści z mniej rozpoznawalnymi nazwiskami są, wedle ich doniesień, zbywani – stąd wysiłek SFFWA, by po tym, jak udało się wywalczyć należne tantiemy dla Fostera, Khana i Gluta, działać również w imieniu innych.

W kontekście tych sporów nie dziwi reakcja aktorki Scarlett Johansson, odtwórczyni głównej roli w filmie „Czarna Wdowa”, która zdecydowała się, by o swojej sprawie opowiedzieć w prasie.

Z Kinowym Uniwersum Marvela Johansson związana jest od roku 2010, jej postać to członkini oryginalnego składu drużyny Avengers. W tym roku wreszcie doczekała się solowego filmu o swojej postaci, co jednak, zamiast być powodem do celebracji, o mało nie skłóciło jej z Disneyem na dobre. Poszło o procent od wpływów z biletów do kina, które aktorka miała obiecane jako gwiazda „Czarnej Wdowy”, a które wedle jej prawników wyparowały wraz z decyzją Disneya, by film miał jednoczesną premierę na platformie Disney+. Wedle prawników aktorki Disney wybrał to, co korzystne dla platformy (premiera miała napędzać wzrost liczby subskrybentów), a nie dla Johansson, bo szefowie liczyli na premie związane z osiągnięciem oczekiwanych wzrostów Disney+.

Rozpoczęta w lipcu 2021 roku sądowo-medialna batalia ostatecznie zakończyła się ugodą pod koniec września. Po drodze spór ten zdążył wstrząsnąć branżą filmową. Jak donosił „The Hollywood Reporter”, sprawa Johansson zburzyła dotychczasowe fundamenty zaufania między gwiazdami i studiami. Bo kłótni o pieniądze nigdy nie brakowało, ale jednocześnie umowy miały w tych kwestiach na tyle niejasne zapisy, by zawsze można było się dogadać. Ale gdy w to wszystko wpadł Disney, zachowywał się nie jak studio filmowe, tylko jak jeden z cyfrowych gigantów, czepiając się kruczków prawnych i nie wykazując chęci do rozmów.

Znów dla porównania przywołać można przykład Warner Bros., właściciela konkurencyjnego dla Marvela wydawnictwa DC Comics, ale również platformy HBO Max. Gdy ogłoszono, że kolejne wyczekiwane hity Warnera w dniu premiery kinowej jednocześnie będą dostępne w streamingu, gwiazdy – tak jak Johansson – podniosły larum w kwestii utraconych zysków. Problem rozwiązano szybko i kompleksowo – na „udobruchanie” m.in. Patty Jenkins i Gal Gadot (reżyserka i odtwórczyni roli tytułowej „Wonder Woman 1984”) studio przeznaczyło wedle doniesień nawet 200 mln dol.

Sprawa Scarlett Johansson już przynosi efekty. Hollywoodzcy agenci gwiazd wycofują się z zapisów o udziale w zyskach, zamiast tego żądając większych sum z góry. Budżety filmów puchną więc, stając się w tych niepewnych czasach pandemii jeszcze bardziej ryzykownymi inwestycjami. Universal i platforma Peacock+ niedawno zapłaciły twórcom nowej trylogii filmowej na bazie „Egzorcysty” 400 mln dol. z góry, co specjaliści rynku komentują jako jasne odejście od modelu dzielenia się wpływami, jeżeli film odniesie sukces. Tu nie było miejsca na kruczki prawne.

Powszechną wiedzą wśród twórców komiksowych staje się z kolei to, że do Marvela, ale również do DC, powinno się przyjść, by wyrobić sobie nazwisko. Potem lepiej sobie znaleźć innego wydawcę i już tam realizować kolejne projekty, dbając o to, by pozostawić sobie do nich prawa. Weźmy przykład scenarzysty Marka Millara: rozkochał w sobie miłośników komiksów historiami ze Spider-Manem, Wolverinem, Supermanem czy Avengers, ale gdy wymyślił własnych superbohaterów, publikował już w tych wydawnictwach, które gwarantowały mu zatrzymanie praw. Efekt? Millar to obecnie niezwykle zamożny człowiek. Na bazie jego oryginalnych fabuł powstały filmy „Kick-Ass” czy seria „Kingsman” (nowy film, „King’s Men: Pierwsza misja”, w kinach w styczniu), a swoje fabularne imperium sprzedał ostatecznie Netflixowi.

Większość najciekawszych nowych postaci komiksowych powstaje dziś już poza wielką dwójką, w Dark Horse Comics, Image czy Boom! Studios, dla których praca nie oznacza automatycznie zrzeczenia się praw do tego, co się stworzy. To wszystko efekt niekończących się batalii z artystami, ostatnio podgrzewanych przez upór Disneya.

Artykuł pierwotnie ukazał się w tygodniku „Polityka”.

Next Post

Previous Post

Leave a Reply

© 2022 Marcin Zwierzchowski

Theme by Anders Norén