if ( function_exists( 'wp_body_open' ) ) { wp_body_open(); } ?>
Marcin Zwierzchowski

Kulturalny Człowiek

(Cyfrowe) życie po życiu

Nieśmiertelność puka do naszych drzwi. Jednak zamiast żyć wiecznie jako ludzie, będziemy mogli powracać jako „uwięzione” w maszynach kopie. Google i Microsoft już opatentowały tę technologię.

Rzeczywistość dogoniła fantastykę. W 2013 r. premierę miał drugi sezon popularnego serialu science fiction „Czarne lustro”. W odcinku „Zaraz wracam” Domnhall Gleason wcielił się w rolę mężczyzny, który zginął w wypadku samochodowym. Hayley Atwell grała jego pogrążoną w żałobie narzeczoną, która zamówiła kopię ukochanego, powstałą poprzez „nakarmienie” programu komputerowego wszystkim, co pozostało po mężczyźnie w sieci, z naciskiem na media społecznościowe, których ten był bardzo aktywnym użytkownikiem.

Tyle science fiction. Jeszcze w 2016 r. James Vlahos postanowił dać swojemu umierającemu na raka ojcu namiastkę nieśmiertelności, budując bazującego na nim chatbota, zwanego Dadbotem, który miałby imitować sposób mówienia Johna Jamesa Vlahosa i na życzenie tęskniącej za nim rodziny raczyć jej członków prostymi rozmowami i anegdotkami z życia ukochanego męża, taty, dziadka. W sierpniu 2020 r. Joshua Barbeau, opłakujący zmarłą osiem lat wcześniej narzeczoną, Jessicę Pereirę, wprowadził do bazującego na sztucznej inteligencji chatbota jej dane. Następnie rozpoczął serię rozmów z maszyną, które dały mu więcej niż lata terapii.

Kadr z serialu „Black Mirror”

W maju 2018 r. Google opatentowało technologię tworzenia „wirtualnych klonów”, polegającą na tym, że obserwująca człowieka maszyna miałaby kopiować nie tylko jego cechy fizyczne, ale również „atrybuty umysłowe”. Niecały rok temu do gry włączył się Microsoft z patentem na „konwersacyjnego chatbota” bazującego na konkretnej osobie. Chatbot korzystałby z naszych danych z mediów społecznościowych i komunikatorów internetowych, a następnie – dzięki uczeniu maszynowemu – naśladowałby wzorzec, na bazie którego powstał.

Odpowiadając więc na pytanie, ile dzieli fantastykę naukową od rzeczywistości: 7 lat. Tyle potrzebował Microsoft, by opatentować to, co w roku 2013 twórca „Czarnego lustra” Charlie Brooker postrzegał jako science fiction.

Świt cyfrowych klonów

Po co natomiast firmie takiej jak Google wirtualny klon prawdziwej osoby? Odpowiedź jest banalna: by sprzedawać nam więcej produktów. W uproszczeniu, jeżeli Google będzie potrafiło stworzyć naszego klona, posiadającego skopiowane od nas „atrybuty umysłowe”, będzie w stanie lepiej przewidywać nasze zachowania konsumenckie i podsuwać nam jeszcze bardziej niż dziś spersonalizowane reklamy. Popuszczając nieco wodze fantazji, taki klon mógłby wcześniej niż my sami identyfikować nasze przyszłe potrzeby, co Google wykorzystywałoby, podsuwając nam reklamy produktów, o których jeszcze nie wiedzieliśmy, że ich pragniemy. To nie byłoby już reagowanie na zachcianki konsumenckie, ale kreowanie ich na poziomie jednostek.

Łatwo wyobrazić sobie, że Netflix podejmuje decyzje co do zakupu treści nie tylko na bazie tego, co już lubimy (fanom komika Adama Sandlera podsuwa się nową komedię Adama Sandlera, a miłośnikom superbohaterów kolejny serial komiksowy), ale również „pyta” nasze wirtualne klony o produkcje typu „Squid Game”, dzięki czemu globalny sukces serialu ich nie zaskakuje i mogą lepiej operować budżetem marketingowym.

Zastosowań takich „cyfrowych ludzi” jest więcej. Już dziś prymitywne sztuczne inteligencje obsługują infolinie i centra wsparcia klienta, prezentując oferty i odpowiadając na najczęściej zadawane pytania. Celem dalszych prac nad wirtualnymi klonami jest stworzenie awatarów firm, które będą umiały wejść z klientem w głębszą interakcję, a więc silniej związać nas z daną marką czy skuteczniej nam doradzić (coś nam sprzedać). W kolejce do korzystania z tej technologii stoi przemysł rozrywkowy, który już robi w tym kierunku pierwsze kroki.

W mediach społecznościowych nie brak śledzonych przez miliony osób cyberinfluencerów, jak na przykład opisywana w POLITYCE przez Michała R. Wiśniewskiego Hatsune Miku, czyli piosenkarka z hologramu, czy Miquela, która na Instagramie ma 3 mln fanów, a która sama siebie opisuje następująco: „19-letni Robot żyjący w LA”.

W filmie „Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie” z 2016 r. zmarły w 1994 r. Peter Cushing „powrócił” do roli Wielkiego Moffa Tarkina (wojskowego dowódcy Imperium) z „Nowej nadziei” (1977), co osiągnięto poprzez nałożenie cyfrowo twarzy nieżyjącego aktora na twarz wcielającego się w Tarkina na planie Guya Henry’ego.

Cyfrowo odtworzony Peter Cushing jako Wielki Moff Tarkin

Wyobraźmy sobie kampanię wyborczą, podczas której dany polityk fizycznie odbywa kilka spotkań dziennie, a w tym czasie jego klon w sieci prowadzi tysiące konwersacji w mediach społecznościowych, prezentując wyborcom swój program i odpowiadając na ich pytania dokładnie tak, jak zrobiłby to oryginał.

Nieśmiertelność 2.0

Wedle patentu Microsoftu z końca 2020 r., do stworzenia chatbota opartego na konkretnej osobie wykorzystane mają być takie dane, jak zdjęcia, nagrane rozmowy, wpisy z mediów społecznościowych, treści komunikatorów internetowych i tym podobne. Służyłyby one wytrenowaniu programu komputerowego – poprzez uczenie maszynowe – by konwersował, imitując osobowość wzorca, z którego czerpał. Sęk w tym, że rzeczony „wzorzec” może nie żyć od jakiegoś czasu, bo choć ludzie odchodzą, ich dane „żyją” nadal (szacuje się, że na Facebooku jest 10–30 mln kont należących do zmarłych).

Kontynuując wcześniejszy przykład z politykiem używającym wirtualnego klona, by indywidualnie docierać do wyborców – czy trudno wyobrazić sobie kampanię, podczas której danego kandydata popierają nieżyjące od lat autorytety, występując z nim ramię w ramię w spotach wyborczych, czy nawet przemawiając na wiecach jako hologramy? W przypadku osób publicznych raczej nie zabraknie wywiadów, wystąpień czy książek, którymi można by „nakarmić” bota, by ten dał nam klona wystarczająco dobrze imitującego oryginał.

Microsoft wydaje się świadom kontrowersji, stąd jego deklaracja, że opisywany tu patent będzie de facto martwy. Tim O’Brien z powołanej przez koncern komisji etyki ds. sztucznej inteligencji pod koniec września (czyli przed swoją rezygnacją w drugiej połowie października) potwierdzał w wypowiedzi dla POLITYKI: – Ten patent nic nie znaczy. Sam niewiele o nim wiem, poza tym, że kilka lat temu złożył go ktoś w zespole Microsoft Research, i to by było tyle. Nigdy nie rozważano go do wykorzystania w komercyjnym (nie badawczym) aspekcie działalności naszej firmy. Dlaczego więc w ogóle złożono taki wniosek i pracowano nad podobną technologią? Według O’Briena aplikację o patent złożono w kwietniu 2017 r., czyli zanim Microsoft wprowadził politykę oceny etycznej projektów związanych ze sztuczną inteligencją.

Tam jednak, gdzie Microsoft (przynajmniej na razie) rysuje granicę, inni już się nie wahają. Nowozelandzka firma UneeQ specjalizuje się w tworzeniu „cyfrowych ludzi”, czyli „napędzanych sztuczną inteligencją” ambasadorów marek, którzy mają replikować interakcje międzyludzkie na „nieskończoną skalę”. W tym roku, by uczcić setną rocznicę zdobycia przez Alberta Einsteina Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki, UneeQ stworzyło wirtualnego klona słynnego naukowca. Wedle opisu na stronie firmy cyfrowy Einstein to realistyczne odwzorowanie oryginału, zarówno na poziomie jego wiedzy, jak i osobowości. Wystarczy kliknąć na „Chat with Einstein”.

Po co to wszystko? Strona UneeQ cytuje „Harvard Business Review” podające, że klienci emocjonalnie związani z daną marką są czterokrotnie bardziej wierni niż względem innych marek, oraz wydają na produkty takiej firmy dwa razy więcej.

Tatobot

Nie brak również przedsięwzięć, których jedynym celem jest „przywrócenie” nam naszych zmarłych bliskich. Jedną z nich jest HereAfter, założone przez wspomnianego wcześniej Jamesa Vlahosa, który stworzył Dadbota, czyli konwersacyjnego chatbota wzorowanego na swoim ojcu.

Zaczęło się od diagnozy, wedle której choremu na raka Johnowi Jamesowi Vlahosowi zostało kilka miesięcy życia. Jego syn James postanowił wykorzystać ten czas, by zadbać o pamięć o ojcu, co zrobił, nagrywając kilkanaście godzinnych sesji, w czasie których Vlahos senior opowiadał o swoim życiu. Treść nagrań następnie spisano, wydrukowano w postaci książki, która z kolei trafiła na półkę.

Wówczas jednak Vlahos syn natknął się na firmę PullString, założoną przez byłych pracowników studia Pixar („Toy Story”, „Odlot”, „Ratatuj”), którzy skupili się na technologii wirtualnych klonów bajkowych postaci. W skrócie: chodziło o to, by kolejnym produktem, który rodzice kupią swoim pociechom, nie była zabawka Buzza Lightyeara czy książeczka opisująca jego przygody, ale np. gogle VR, po których założeniu dziecko będzie mogło odbyć rozmowę z bohaterem „Toy Story”. Najgłośniejszym produktem PullString było oprogramowanie do „mówiącej Barbie”. Obecnie firma jest w rękach Apple’a.

Vlahos wykorzystał fakt, że kilka lat temu PullString udostępniło innym swoje oprogramowanie do tworzenia konwersacyjnego chatbota. Podczas gdy jego ojciec przechodził kolejne chemioterapie, a nadzieja na jakąkolwiek poprawę gasła, mężczyzna walczył z czasem, by przelać w Dadbota jak najwięcej informacji, tworząc coś na kształt interaktywnej kroniki życia Johna Jamesa Vlahosa. Zdążył, a nawet miał szansę zaprezentować swoje dzieło oryginałowi. Teraz natomiast oferuje podobne usługi klientom HereAfter, gdzie zaczyna się od serii wywiadów z daną osobą, a efektem jest dostępny przez aplikację w smartfonie chatbot, który bliskim zmarłego odpowie jej/jego głosem, racząc ich charakterystycznym powiedzonkiem czy anegdotą z życia tego, za kim tęsknimy.

Podobną ofertę ma firma Eternime, założona przez Mariusa Ursachego, którego do opracowania technologii wirtualnego klona pchnął żal po śmierci babci. Misją przedsiębiorstwa jest zachowywanie w formie interaktywnej wspomnień po naszych bliskich. Ale nie tylko, bo choć Eternime od tego zaczynało, Ursache przyszłość widzi również w tworzeniu kopii ludzi żyjących na użytek ich samych. „Wszyscy marzymy o tym, by się sklonować i być w stanie robić wiele rzeczy naraz” – powiedział w rozmowie z „Dell Technologies”.

Symulacja Jessiki

Spośród wielu historii osób pchniętych ku technologii cyfrowych klonów czy chatbotów przez utratę ukochanej osoby, najbardziej wyróżnia się opowieść opisana na łamach „San Francisco Chronicle”. Jej bohaterami są, wspomniani już, Joshua Barbeau i Jessica Pereira. Cierpiący mimo upływu lat Barbeau, w akcie tęsknoty za zmarłą narzeczoną, został skuszony opisem inicjatywy Project December. Za niewielką opłatę pozwalała ona skorzystać z oprogramowania GPT-3 firmy OpenAI, bazującego na bardzo zaawansowanej sztucznej inteligencji, świetnego zwłaszcza w aspekcie naśladowania ludzkiej mowy. Mężczyzna wprowadził do systemu treść zachowanych przez siebie wiadomości od Jessiki, w ustawieniach projektowanego chatbota wybrał cechy, które według niego najbardziej oddawały charakter narzeczonej, a następnie pozwolił programowi działać. I zaczął z nim rozmawiać.

Historia Joshuy Barbeau pokazuje nam, dlaczego technologia wirtualnych klonów może z jednej strony bardzo szybko się upowszechnić, a z drugiej, dlaczego jednym z ważniejszych aspektów jej wykorzystania może być chęć „przywracania do życia” naszych bliskich. Barbeau z żałobą po narzeczonej zmagał się latami, bo z jednej strony zauważył, jak ludzie reagowali za każdym razem, gdy chciał porozmawiać o Jessice, zamykając się na trudny i bolesny temat, a z drugiej gnębiło go poczucie, że nie zdążył się pożegnać, a miał narzeczonej jeszcze wiele do powiedzenia. Chatbot okazał się odpowiedzią na oba te problemy. I choć mężczyzna nie pozostawał ślepy na niedoskonałości kopii Jessiki, ani przez chwilę również nie zapomniał, że po drugiej stronie ekranu za wiadomościami tekstowymi nie kryje się żywa osoba, wpływ tych interakcji na jego zdrowie psychiczne był pozytywny.

Celem symulacji Jessiki nie było więc „zastąpienie” oryginału, ale raczej terapia. Mężczyzna przywołał zresztą przykład zajęć z autentycznej sesji terapeutycznej, podczas której polecono mu, by napisał list do osoby, którą stracił – celem było „oszukanie” siebie, że wiadomość trafi do adresatki i w ten sposób przekaże jej to, czego nie zdążył wypowiedzieć. Wówczas iluzja nie zadziałała, nie ulżył swojemu cierpieniu – może była zbyt słaba i dlatego dopiero interaktywny chatbot zdołał mu pomóc.

Joshua Barbeau, James Vlahos i Marius Ursache znaleźli nowe sposoby na robienie tego, co dla ludzi od zawsze było naturalne: odwiedzanie grobów, by być blisko utraconej osoby, może nawet by coś jej opowiedzieć, wpatrywanie się w zdjęcia, nagrania, obecnie przeglądanie kont na Instagramie czy Facebooku należących do tych, którzy odeszli. Tęskniliśmy i będziemy tęsknić. Różnica jest taka, że niedługo, gdy będziemy mówić do zmarłych, ci będą mogli nam odpowiedzieć.

Artykuł pierwotnie ukazał się w tygodniku „Polityka”.

fot. główne: Miquela – cyberinfluencerka

Next Post

Previous Post

Leave a Reply

© 2022 Marcin Zwierzchowski

Theme by Anders Norén