Marcin Zwierzchowski: Jak sądzisz, dlaczego „Z archiwum X” wciąż jest oglądane po 25 latach?
Gillian Anderson: Nie wiem! W przypadku starszych fanów działa chyba to, że zżyli się z naszym serialem, bo byliśmy jedną z pierwszych tak popularnych produkcji, i oglądały nas całe rodziny. Dlatego często słyszymy historie o tym, że przed laty ktoś oglądał „Z archiwum X” ze swoim ojcem, który już zmarł, nasz serial więc mu teraz o nim przypomina. Albo że byliśmy czymś, co pozwalało na złapanie kontaktu z wiecznie zapracowaną mamą, z którą jednak zasiadało się przed telewizorem przy „Archiwum”.
MZ: Zgadza się, w przypadku mojej rodziny również „Z archiwum X” było jednym z tych seriali, który gromadził przed ekranem całą rodzinę.
GA: No widzisz. Tak to wtedy wyglądało: co tydzień kolejny odcinek, oglądany wspólnie. A przecież dzisiaj żyjemy oddzielnie od swoich bliskich, seriale oglądamy na oddzielnych ekranach, egzystujemy we własnych małych światach. „Z archiwum X” jest więc symbolem czasów, gdy w naszych życiach było więcej wspólnoty. I dla wielu starszych fanów jest to przyjemne wspomnienie.
MZ: A jak „Z archiwum X” zmieniło twoje życie?
GA: Bardzo (śmiech). Przed „Archiwum” byłam bezrobotną dwudziestoczterolatką, chyba nawet wtedy sypiającą na cudzej kanapie, wpływ tej roli na moje życie był więc ogromny. Patrząc zaś na to z perspektywy lat: czego więcej może sobie życzyć aktorka, niż być częścią dzieła-ikony popkultury i grania tak uwielbianej postaci? Jeżeli już wcielać się w jakąś postać tak długo, to można tylko się cieszyć z tego, że jest to ktoś przez widzów lubiany, będący dla niektórych wzorem. W końcu współtworzyłam serial, który zmienił oblicze telewizji.
MZ: Po tym, jak przed laty serial w końcu zszedł z anteny, łatwo ci było zerwać z byciem tylko Scully i dalej rozwijać karierę?
GA: Raczej tak. Dużo trudniejszym zadaniem okazał się powrót po latach – bo wprawdzie wracałam do bohaterki, która była tak ważną częścią mnie, którą znałam tak dobrze, ale ja sama przez ten czas się zmieniłam. Musiałam zapomnieć o wszystkich innych bohaterkach, które grałam między pierwszym „Archiwum” a tym nowym. Sama obecna Scully to też ktoś mi wprawdzie znany, ale w tej nowej wersji wciąż ją odkrywam.
MZ: Dlaczego więc wracać do tej historii po tylu latach?
GA: Przede wszystkim ciekawiło mnie, co scenarzyści zaproponują teraz, gdy telewizja się zmieniła i w zasadzie wolno nam wszystko. Bo pamiętam, że wcześniej było inaczej, że musieliśmy… stąpać ostrożnie. Interesowało mnie więc to, gdzie serial podąży teraz, gdy wszystkie ścieżki stoją tworem.
MZ: Łatwo było podjąć decyzję o powrocie do grania Scully?
GA: Tak. Bo mieliśmy poczucie, że ta historia nie została opowiedziana do końca, że możemy coś jeszcze w tym temacie dodać, albo że potrzebny jest inny jej finał, w którym już ostatecznie pożegnamy się z widzami.
MZ: A jak się przygotowywałaś do ponownego stania się nią?
GA: Zaczęłam od obejrzenia kilku starych odcinków i próby przypomnienia sobie, czy czyniło Scully Scully. Potem musiałam zastanowić się, jak ekstrapolować to do starszej Scully, jaki wpływ miały na nią minione lata.
MZ: Czy teraz, gdy wiemy, że Obcy w „Z archiwum X” istnieją, zmieni się relacja Scully i Muldera?
GA: Ich dyskusje nie będą już tak czarno-białe, bo nie będzie to spór o to, czy coś istnieje, czy nie. Ale Scully wciąż może reprezentować naukowy sceptycyzm co do tego, jak to możliwe, choćby z biologicznego punktu widzenia, że to, co istnieje istnieje.
MZ: W nowym sezonie rozwinięty ma zostać wątek Williama. Może zdradzić coś więcej?
GA: Nieszczególnie (śmiech). Ale tak, William się pojawi, i to w interesujących okolicznościach. Nie wiem, na jak długo i jaka będzie jego rola, bo nie znam tych scenariuszy tak w przód, ale mogę potwierdzić, że będzie częścią kolejnego sezonu.
Wywiad przeprowadzony w trakcie New York Comic Con.

