if ( function_exists( 'wp_body_open' ) ) { wp_body_open(); } ?>
Marcin Zwierzchowski

Kulturalny Człowiek

Tolkien i jego pośmiertne publikacje

Choć dorobek pisarski J.R.R. Tolkiena to blisko 20 książek, za jego życia zdążyły ukazać się ledwie cztery powieści. Najnowsza pośmiertna publikacja „The Story of Kullervo” właśnie trafiła do sprzedaży. Czas zapytać: ile tego jeszcze jest?

John Ronald Reuel Tolkien, twórca Śródziemia, czyli fantastycznej krainy, w której obok ludzi żyły elfy, krasnoludy, czarodzieje, niziołki czy enty, zmarł w październiku 1973 r. Pozostawił po sobie napisanego dla młodszego czytelnika „Hobbita, czyli tam i z powrotem” oraz jego trzytomową kontynuację, rzecz dla literatury fantasy fundamentalną, „Władcę pierścieni”, na którą składają się powieści: „Drużyna pierścienia”, „Dwie wieże” oraz „Powrót króla”. Poza tym drukiem wydał jeszcze kilka opowiadań, sporo wierszy i niemało publikacji naukowych. Największym dziedzictwem, jakie pozostawił swoim potomkom, okazały się jednak notatki. Szkice historii bądź pełne fabuły, całe stosy kartek, które od dziesięcioleci opracowuje i publikuje opiekujący się spuścizną po ojcu Christopher Tolkien.

Jak dotąd najgłośniejszą z „odnalezionych” w tychże stosach książek jest „Silmarillion”, czyli zbiór dłuższych i krótszych opowieści o Śródziemiu, przybliżających jego genezę, historię i mitologię. Książka ta stanowi popis wyobraźni Tolkiena, w pełni pokazuje bogactwo i skomplikowanie jego kreacji, czyniąc uniwersum Eä (którego Śródziemie jest częścią) tworem do dziś dla literatury unikatowym.

OPOWIEŚĆ NIEDOKOŃCZONA

Kolejne lata to więcej publikacji albo rozszerzających świat Śródziemia („Niedokończone opowieści”, „Księga zaginionych opowieści”, „Dzieci Húrina”), albo stanowiących zapisy wykładów, albo będących autorskimi przekładami poematów („Pan Gawen i Zielony Rycerz”, „Legenda o Sigurdzie i Gudrun”, „Upadek Króla Artura”, „Beowulf”), albo po prostu krótkich opowiadań czy historyjek dla dzieci, często ilustrowanych przez samego autora. W skrócie: publikowano wszystko, czemu dało się przypisać tytuł i choć fragment fabuły, bo nierzadko były to rzeczy niedokończone, czy to w notatkach Tolkiena nie w pełni ukształtowane i posiadające kilka wersji („Beowulf”), czy też po prostu się urywające („Upadek Króla Artura”).

Opublikowane właśnie „The Story of Kullervo” to właśnie przykład opowieści niedokończonej. Tekstu, który w pewnym momencie po prostu urywa się niespodziewanie, zaraz przed wielkim finałem. W zasadzie historia ta, stanowiąca połączenie prozy i poezji, stanowi Tolkienowski retelling fińskiej „Kalevali”, tyle że autor – jak to filolog i znawca literatury dawnej – sporo zmieniał i skracał, zachowując jednak ogólne zręby opowieści. Bohaterem uczynił tytułowego Kullervo, pierwszą w jego dorobku postać prawdziwie tragiczną. Sierotę, jak on sam. Tolkien miał zresztą do sierot słabość, czego przykładem Frodo Baggins z „Władcy pierścieni” czy Túrin Turambar z „Dzieci Húrina”.

I właśnie ten ostatni najsilniej łączy „The Story of Kullervo” ze Śródziemiem. Sam tekst wydanej książki, powstały prawdopodobnie między 1912 a 1916 r., to pierwsza próba J.R.R. Tolkiena w tworzeniu własnej mitologii, zrębów świata, który poznaliśmy później w „Hobbicie” i jego kontynuacji.

Dlaczego ostatecznie „Kullervo” nie został dokończony? Być może autorowi przeszkodziło powołanie na front pierwszej wojny światowej w 1916 r. W nowej książce otrzymujemy więc kilkudziesięciostronicową historię chłopca, któremu zamordowano ojca i który wraz z matką i rodzeństwem trafił do niewoli, potem zostaje sprzedany, a ostatecznie dokonuje zemsty. Za wszystko płaci jednak ogromną cenę, każda jego życiowa decyzja zdaje się mieć fatalne skutki. Wiąże się to z jego porywczym charakterem, który zresztą ostatecznie miał go doprowadzić do furii, w której zabił nawet własną matkę. Choć tego ostatniego już w „Kullervo” nie przeczytacie – znaleźć to można co najwyżej w krótkim streszczeniu fabuły, które Tolkien przygotował, a którego ostatecznie nigdy nie rozwinął do formy pełnoprawnego tekstu.

Co więc dostajemy, kupując „The Story of Kullervo”? Trochę ciekawostek, urwany tekst, a także najbardziej obszerny i najciekawszy materiał w książce, czyli zapisy wykładów J.R.R. Tolkiena o „Kalevali”, którą był zafascynowany i która miała ogromny wpływ na to, że sam zaczął tworzyć swój fantastyczny świat. Czyli kolejną pozycję nie tyle dla miłośników twórczości Anglika, co dla jej badaczy; zresztą „Kullervo” pierwotnie ukazał się przed pięciu laty w „Tolkien Studies”, a obecne wzbogacone wydanie to inicjatywa Verlyn Flieger, badaczki jego prac, która uzyskała zgodę spadkobierców pisarza.

Wpisuje się ta publikacja w nowy trend, wedle którego Tolkiena publikuje się dużo, w tym w ostatnich trzech latach aż trzy książki, ale wydaje się już dzieła Tolkiena profesora, a nie Tolkiena pisarza fantasy. Ostatnią dużą publikacją ze świata Śródziemia były w zasadzie „Dzieci Húrina” z 2007 r., czyli pełnoprawna powieść, której zręby wprawdzie trafiły do „Silmarillionu”, ale którą w ponad 30 lat po śmierci Tolkiena wreszcie dostaliśmy w całości.

SKOK NA PORTFELE

Później zaczęło się sięganie zdecydowanie głębiej między stosy notatek, skąd wydobyto aż cztery tłumaczenia/retellingi, czyli wspomniane wcześniej: „Legendę o Sigurdzie i Gudrun” (2009 r.), „Upadek Króla Artura” (2013 r.), „Beowulfa” (2014 r., publikacja polska w listopadzie nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka) oraz właśnie nowe „The Story of Kullervo”. W tym czasie na polski przełożono również „Listy” Tolkiena. To pięć książek w sześć lat, co imponuje, jeżeli wziąć pod uwagę, że „Władcę pierścieni”, kontynuację „Hobbita”, wydano 17 lat po jego premierze.

Oczywiście informowanie przy tej okazji o „odnalezionej” książce J.R.R. Tolkiena wiele wspólnego z prawdą nie ma. Bo choć w „Kullervo” znalazły się zdjęcia odręcznych notatek autora, po których widać, że odczytywanie ich wymaga naprawdę niemałego nakładu pracy, trudno sobie wyobrazić, aby ponad cztery dekady po śmierci pisarza cokolwiek w jego zbiorach nie zostało jeszcze przejrzane i skatalogowane. Mamy raczej do czynienia z nieustannymi pracami syna i jego pomocników nad spuścizną ojca i stopniowym publikowaniem wszystkiego, co tylko da się opublikować. A często nawet tego, czego wydawać się nie powinno.

Owszem, bez pracy Christophera Tolkiena nie otrzymalibyśmy „Silmarillionu” i wielu innych wspaniałych historii ze Śródziemia, ale dziś trudno nie odnieść wrażenia, że ktoś robi skok na nasze portfele. Czy wydawanie kolejnych, nawet niedokończonych tekstów wybitnego pisarza to coś złego? Skądże – i „Beowulf”, i „Kullervo” to publikacje wartościowe zarówno dla miłośników talentu pisarza, którzy znacznie więcej dowiedzą się o jego inspiracjach i genezie jego świata, jak i dla badaczy oraz fanów literatury dawnej, którą Tolkien bardzo cenił i o której poważanie walczył. Czy jednak naprawdę trzeba rok w rok publikować kolejne przekłady, w tym te pourywane, dmuchając objętości tych cienkich (ale drogich!) książeczek przydługimi wstępami z opisami różnych wersji notatek Tolkiena, listami nazwisk czy przedrukami wykładów? W „The Story of Kullervo” sam tytułowy tekst to ułamek książki, a sprzedaje się nam ją jako coś dla Śródziemia fundamentalnego, bo będącego pierwszą wprawką w jego tworzeniu.

Czy nie uczciwiej byłoby Tolkienowskie przekłady z ostatnich lat zebrać w jednym tomie, opatrzyć komentarzem i porównaniami do twórczości Anglika, tak aby stworzyć pełen obraz jego inspiracji i rzucić nowe światło na jego kreację? Zapewne tak. Ale wtedy czytelnik zapłaciłby za jedną książkę, a nie za cztery. Fani talentu Tolkiena z pewnością po „The Story of Kullervo” sięgną. Jednak w kontekście tej publikacji stary żart o tym, że wkrótce ukażą się zebrane kwity z pralni Tolkiena, może okazać się ponurym proroctwem.

Artykuł pierwotnie ukazał się w tygodniku „Polityka”.

Ilustracja główna: Alan Lee. Ilustracja okładkowa książki „Dzieci Húrina”.

Next Post

Previous Post

Leave a Reply

© 2021 Marcin Zwierzchowski

Theme by Anders Norén