if ( function_exists( 'wp_body_open' ) ) { wp_body_open(); } ?>
Marcin Zwierzchowski

Kulturalny Człowiek

Aidan Gallagher – wywiad z Numerem Pięć z „Umbrella Academy”

Zaczęło się od Gerarda Waya, znanego przede wszystkim jako wokalista niezwykle popularnej kapeli My Chemical Romance. Way, fan historii obrazkowych, okazał się utalentowany nie tylko wokalnie, ale również jako scenarzysta – dla wydawnictwa Dark Horse stworzył w 2007 roku serię „Umbrella Academy”, która zebrała prestiżowe nagrody, rozkochała w sobie rzesze czytelników, a w 2019 roku zadebiutowała jako serial produkcji Netflixa.

Spośród siódemki obdarzonych niezwykłymi mocami głównych bohaterów, czyli przybranego rodzeństwa zbiorczo określanego jako tytułowa Akademia, serca widzów serialu podbił zwłaszcza Numer Pięć. Grany przez Aidana Gallaghera chłopiec to – z powodu skomplikowanych zawiłości fabularnych, związanych z podróżami w czasie – de facto wiekowy już mężczyzna, uwięziony w ciele drobnego nastolatka. Charyzma i ogromny talent młodego aktora z miejsca uczyniły go ulubieńcem widowni i teleportowały (nawiązanie do mocy Numeru Pięć) do czołówek list przyszłych gwiazd kina i telewizji.

Marcin Zwierzchowski: Jesteś bardzo młodą osobą, a w „Umbrella Academy” wcielasz się – w aspekcie psychicznym – w bohatera o wiele dekad starszego od siebie.

Aidan Gallagher: W tym serialu opieramy się na wspaniałych scenariuszach, więc w grze bardziej skupiam się na traumie Numeru Pięć, niż jego wieku. Niesamowitym jest oglądanie efektu końcowego takiego zabiegu, bo serial zyskuje na tym pewną unikalną perspektywę. To zresztą zaintrygowało mnie już gdy czytałem komiksy „Umbrella Academy”, bo nigdy wcześniej nie spotkałem się z czymś jednocześnie tak dziwnym, ale i świetnie pasującym do fabuły. Nie odczuwałem tego jako zwykłego chwytu, sztuczki dla odbiorców. I na szczęście udało się to przenieść także do serialu.

Jednocześnie jesteś zdecydowanie najmłodszym członkiem głównej obsady. Jak wyglądała dynamika między tobą a dorosłymi aktorami na planie?

To była świetna okazja do nauki.

Jak przyzna każdy aktor, pierwszy dzień na planie zdjęciowym nowej produkcji to chaos buzujący wewnątrz twojej głowy, a jednocześnie z zewnątrz trzeba być opanowanym, trzeba wiarygodnie oddawać emocje bohatera, bo te pierwsze sceny nie mogą odstawać od nagrywanych później, gdy aktor już odnalazł swoją postać. My natomiast pierwszego dnia kręciliśmy finałową scenę odcinka pilotowego, bardzo emocjonalną, gdzie grałem z Ellen Page, co było sporym wyzwaniem jak na pierwszy dzień zdjęciowy. Praca z Ellen była jednak dla mnie prawdziwą lekcją w subtelności, z czego później korzystałem kręcąc resztę sezonu.

W pierwszym sezonie miałeś również przed sobą wyzwanie emocjonalnych scen, w których twoją partnerką był manekin, Dolores.

Zaskakująco, akurat te sceny były dla mnie bardzo łatwe do zagrania i niezwykle ciepło je wspominam.

Zwykle jest tak, że gdy czytam scenariusz, przygotowując się do danej sceny, mam świadomość, że na planie wszystko będzie inne, niż sobie wyobrażam, dialogi mogą zostać przepisane, a na pewno inni aktorzy zagrają inaczej, niż ja interpretowałem ich kwestie, gdy czytałem tekst. Głos, który słyszę więc wtedy w swojej głowie jest inny, niż ten, z którym potem gram na planie.

W scenach z Dolores fajne było to, że tak naprawdę wcielam się w nich dwie postacie: gram Numer Pięć, który z kolei gra Dolores. Stąd do tych scen dopisywałem kwestie Dolores, by mieć na co reagować – bo Numer Pięć nie mówi po prostu do manekina-partnerki, a potem milczy przez chwilę, ale w swojej głowie naprawdę ją słyszy, bo dla niego ten związek jest realny. Dlatego, chcąc, by mój bohater był autentyczny, by jego relacja z Dolores poruszała, nie mogłem po prostu mówić swojej kwestii, a potem odczekiwać chwilkę i mówić kolejną.

Ile w twoim Numerze Pięć jest ze scenariuszy serialu, a ile z komiksów?

W fazie kształtowania postaci sporo jest przebierania w różnych elementach i składania ich w całość. W przypadku Numeru Pięć z komiksu czerpałem jego fizyczność, a scenariusz to dopełnił. Natomiast już podczas kręcenia sezonów 1. i 2. kiedy mogłem, starałem się wplatać pewne drobne elementy z komiksów, nie w aspekcie fabularnym, ale jakieś szczególiki – bo gdy tylko mogę, odwołuję się do oryginału.

Ile z tych elementów, które składają się na Numer Pięć, czerpałeś z siebie?

Cóż, nie jestem krwiożerczym zabójcą, uwięzionym w młodym ciele…

Granica między mną a moim bohaterem jest wyraźna, ale gdy nie pracuję. Bo poza planem często się wygłupiam, żartuję, gdy natomiast stawiam się do pracy, kierują mną profesjonalizm i powaga, a w czasie pracy pozostaję w roli – wtedy więc można dostrzec moje podobieństwo do Numeru Pięć. Ale to znika, gdy schodzę z planu.

Bo ostatecznie mnie i Numer Pięć nic nie łączy. Może poza faktem, że ja sam czuję się starszy, niż wskazuje na to mój wiek, a Numer Pięć zdecydowanie nie pasuje do młodego ciała, w którym „przebywa”.

Jesteś fanem komiksów?

Od zawsze byłem fanem. Gdy byłem młodszy i miałem więcej czasu, chodziłem do sklepów komiksowych.

Młodszy? (śmiech)

No gdy miałem jakieś 9 lat! Mam 16 lat, więc nie to nie tak, że teraz jestem dorosły.

Gdy więc miałem więcej czasu, zanim jeszcze zostałem aktorem, chodziłem do sklepów komiksowych, czytałem komiksy, a właściciele tych sklepów rekomendowali mi kolejne tytuły. Tak trafiłem na komiksy „Umbrella Academy” Gerarda [Waya – przyp. red.] i Gabriela [Bá – przy. red.], zebrane w dwie powieści graficzne. Bo też preferuję czytać właśnie wydania zbiorcze, nie zeszyty – w ten sposób mogę zanurzyć się w historii od początku do końca. Co okazało się dobrą metodą przy „Umbrella…”, bo to bardzo unikatowa historia, tak różna od wszystkiego innego, i na początku może przytłoczyć ilością niezwykłych konceptów, jak choćby powszechne gadające małpy.

Teraz jednak moja relacja z komiksami nie jest już tak bliska. Ale nie chodzi o to, że nie mam ochoty na poznawanie nowych tytułów, to po prostu kwestia braku czasu.

Next Post

Previous Post

Leave a Reply

© 2020 Marcin Zwierzchowski

Theme by Anders Norén