if ( function_exists( 'wp_body_open' ) ) { wp_body_open(); } ?>
Marcin Zwierzchowski

Kulturalny Człowiek

„Święto ognia” Jakuba Małeckiego

Coś starego, coś nowego – tak podsumować można jedenastą książkę w dorobku Jakuba Małeckiego, „Święto ognia”. Z jednej strony wierni czytelnicy i czytelniczki znajdą tu autora, którego znają, z drugiej – pisarz spróbował nowego podejścia do narracji i języka, co nadaje „Świętu…” unikalny charakter.

Jakub Małecki pisze baśnie. Nawet nie chodzi o obecność w jego historiach elementów nadprzyrodzonych, ale to, jak opisuje codzienność i swoich zwykłych bohaterów i bohaterki. Ale właśnie: zwykłych-niezwykłych. Małecki przynajmniej od czasu „Dygotu” specjalizuje się w odnajdywaniu cudowności w powszedniości, w prezentowaniu rzeczywistości przez szkiełko nieco zniekształcające jej barwy. Wiele z tego tkwi w języku, w tym, jak Małecki opisuje choćby niecodzienne pasje swoich postaci, na przykład Marzenę z „Nikt nie idzie”, która „zbiera fontanny”. Albo jak pisał o chłopcu ze „Rdzy”, który chował zabawki w pralce. Albo o dziecku z jednego z opowiadań z „Historii podniebnych”, które przywiązywało liściki do baloników i w ten sposób korespondowało ze zmarłym ojcem. Małecki jest tu niczym prestidigitator, który zwodzi nas iluzjami, byśmy uwierzyli w magię.

Owo poszukiwanie w świecie elementów przypominających magię przenosi się i na fabuły, które choć zawsze zakorzenione są w historiach blisko dotykających bólu czy smutku, również mają w sobie coś z baśni, jakby ich rzeczywistość była nieco przekrzywiona, jakby przymykała oko na zbiegi okoliczności, nagromadzenie właśnie tych zwykłych-niezwykłych postaci, ich spotkania. To proza nie-realistyczna, która najbliższa jest prozie realistycznej, ale z nałożoną cienką warstwą konwencji, w ramach której tę realność się przekracza. Najlepszym porównaniem będzie chyba konwencja komedii romantycznej, gdzie podobnie opowieści o ludziach takich jak my infuzowane są baśniowością.

Doskonale tę metodę twórczą widać w „Święcie ognia”, czyli „baśniowej” opowieści o dwóch siostrach, Łucji i Anastazji.

Dla pierwszej z nich, baletnicy, ciało jest wszystkim, ciało determinuje rytm jej życia i jej przyszłość; z drugą jest podobnie, choć dla niej, ze względu na chorobę, ciało to ograniczenie. Obie zmagają się ze swoją fizycznością, aczkolwiek zupełnie inaczej, jakby stanowiły swoje przeciwieństwa – Łucja zmusza się do przekraczania kolejnych barier niemalże nadludzkiej sprawności, pogrążając się w tym dążeniu i pozwalając, by ją pożerało, podczas gdy Nastka słabość swojego ciała przekuwa w ogromną siłę ducha, nadludzką determinację, optymizm wbrew przeciwnościom. Jak w bajce, Małecki stawia nam przed oczami te dwie postaci i pokazuje – kreśląc swój morał – jak różnie można podchodzić do życia, jak fałszywe mogą być nasze powierzchowne wrażenia co do tego, kto „żyje pełnią życia”. „Święto ognia” to opowieść o dwóch pasjach – takiej, która uskrzydla (Nastka), oraz takiej, która jest przekleństwem i może prowadzić do zguby (Łucja).

Niczym w baśni, Małecki wyciąga Nastkę ze znoju codzienności, tak często eksponowanego choćby w kinie („Chce się żyć”, „Miłość” Hanekego), i choć nie ignoruje trudu jej egzystencji, wspomaganej przez codziennie wysiłki jej ojca, autor „Święta ognia” Nastkę uskrzydla – w baśniowym geście pozwala jej „wmyślać” się w innych, wychodzić poza swoje mieszkanie, poza swoje ciało i doświadczać życia poprzez innych. Decydując się na narrację pierwszoosobową z kolei nakłada na wszystko dodatkową warstwę optymizmu swojej bohaterki, pokazuje nam, jak ona sama nie czepia się tego, co trudne, ale karmi się dobrem – komiksami, rodziną, przyjaciółmi, gorącą czekoladą.

Przy okazji, wspomniana narracja pierwszoosobowa, zarówno w radosnej perspektywie Nastki, jak i u chłodnej i pełen bólu oraz gniewnej determinacji Łucji, wymusiła na Małeckim odejście od jednego z jego znaków szczególnych – od kwiecistego języka, od opisów przesyconych melancholią, od flirtowania z poezją. Na poziomie zdań „Święto ognia” to wyjątkowo prosta – z wyboru – książka w dorobku tego autora.

Wątek Łucji dopełnia „baśniowość” życia Nastki będąc dla niego kontrastem – podczas gdy jej siostra wyrywa się z ciała, Łucja zanurzona jest w pocie, skurczach, zakwasach, bólu. Małecki robi wiele, byśmy czytając opisy treningów baletnicy poczuli, jak bardzo jej ciało jest napinane i rozciągane, aż na granicę tuż przed pęknięciem. W ogóle ten wątek to wyjątkowy w powieściowej prozie tego autora powiew emocji rodem z thrillera, bo opis przygotowań tytułowego przedstawienia oparty jest na wysoko zawieszonej poprzeczce napięcia, która systematycznie jest podnoszona.

Zapuszczając się na (częściowo) nowe tereny, Jakub Małecki w „Święcie ognia” nie uniknął potknięć. Największym jest kwestia struktury, gdzie choć życia obu sióstr mają wiele punktów wspólnych, autor stawia na dłuższe chwile tylko z jedną z nich – stąd z początku skupiamy się w zasadzie wyłącznie na Nastce, z Łucją jako postacią drugoplanową, niemalże epizodyczną, a im bliżej końca książki, tym bardziej „Święto…” staje się niemalże wyłącznie historią baletnicy zdeterminowanej aż poza rozsądne granice; wydaje się, że powieść by zyskała, gdyby wątki te się bardziej przeplatały. Może też wówczas nie rzucałoby się w oczy to, że opowieść Nastki to de facto nieruchomy obrazek – poznajemy ją, ale ona się w zasadzie nie zmienia, jej życie – z małymi wyjątkami – jest takie same, wciąż wygląda z okna chłopaka imieniem Mateusz, mieszka z ojcem, czyta komiksy. Większa przemiana dokonuje się już i w ojcu dziewczynek (aczkolwiek przeciągany przez autora wątek jego tajemnicy ostatecznie wydaje się nie mieć w sobie tyle aspektu szokowego, ile zakładał autor, albo może właśnie – napięcie z nią związane jest tak rozwleczone, że gdy poznajemy odpowiedź, nie starcza go już na jakąkolwiek silniejsza reakcję). Podobnie poprzez płynniejsze przejścia między historiami obu sióstr, być może mniej rzucałoby się w oczy, że w opowieści Łucji bohaterce przydarza się niemalże dokładnie to, co spodziewamy, że się przydarzy – zwłaszcza w wątku tytułowego przedstawienia, choć udanie budującym napięcie, nie sposób wskazać momentu, w który fabuła skręciłaby na zaskakujący tor.

„Święto ognia” nie jest więc powieścią doskonałą, ale nie przeszkadza jej to być piękną opowieścią. Podwójny portret Łucji i Nastki, zestawione ze sobą historie ich żyć, to wspaniała pożywka dla myśli, treść, która pobudza odbiorcę/czynię do dojrzenia tego, co książka mówi nam nie wprost, z pomocą literek wydrukowanych na papierze, ale poprzez zestawienie ze sobą różnych elementów tego, co odczytujemy między wierszami.

Fot. Wydawnictwo Sine Qua Non

Next Post

Previous Post

Leave a Reply

© 2021 Marcin Zwierzchowski

Theme by Anders Norén