Głośna debiutancka powieść Rijneveld zabiera nas w rejony, które niekoniecznie chcemy odwiedzać – do domu bez miłości, do rodziny, którą spaja jedynie cierpienie, do dzieciństwa pozbawionego wsparcia. „Niepokój przychodzi o zmierzchu” to wstrząsająca i fascynująca lektura.
„Niepokój” to dobre słowo. Dobrze oddaje wrażenie podczas lektury powieści Rijneveld. Ma on swoje źródło w wielu elementach opowieści o rodzinie mieszkającej na holenderskiej prowincji, ale wydaje się, że głównym jego źródłem jest połączenie niewinności i naiwności dziecięcej perspektywy narracyjnej z głęboko poruszającymi i przerażającymi/odpychającymi rzeczami, które są nam opisywane. Lektura tej książki budzi w nas uczucie niewygody, ze względu na niezwykle ponurą wizję opisywanego w niej dzieciństwa, naznaczonego tragedią (śmierć jednego z dzieci), chłodem i brakiem zainteresowania rodziców, ślepym zapatrzeniem w wiarę, ocierającym się o fanatyzm. „Niepokój przychodzi o zmierzchu” to opowieść o samotności w rodzinie, w świecie, o odstawaniu od reszty i braku bezpieczeństwa.
Rijneveld opisuje dzieci, które pozbawione uwagi i miłości rodziców, a więc drogowskazów, same budują swój świat i próbują go zrozumieć, błądząc po omacku, stosując metodę prób i błędów. Ponieważ zaś nie poświęca im się uwagi (poza narzucaniem wynikającej z przekonań religijnych dyscypliny), ich błędy bywają bolesne, bo bez nadzoru nie ma ograniczeń i przestrogi. „Niepokój” opisuje więc realną krzywdę, jaką dzieci zadają sobie w swojej naiwności. Wokół nich orbitują natomiast zobojętniali w swoim własnym bólu rodzice.
Ta historia działa, bo działa przede wszystkim narracja prowadzona z perspektywy jednego z dzieci. Rijneveld eksploruje meandry dziecięcej logiki, tu nasyconej strachem, niepewnością, poczuciem braku przynależności. Opisy zaskakujących torów, jakimi podążają myśli dzieci fascynują, bo wszystko to bazuje na wypaczonym, ale jednak na swój sposób zrozumiałym opisie rzeczywistości. Opis wycofanych rodziców działa, bo widzimy ich oczami dziecka potrzebującego miłości, szukającego choćby ochłapów ciepła.
„Niepokój przychodzi o zmierzchu” Marieke Lucasa Rijneveld jednocześnie chce się czytać, i odłożyć tę historię i do niej nie wracać. To drugie znaczy jednak tylko jedno – że to działa, że powieść ta stanowi nośnik autentycznych emocji, że potrafi dotknąć nas gdzieś głęboko, tam, gdzie może zaboleć. Wspaniała lektura.
Przeł. Jerzy Koch