„Argylle. Tajny szpieg” w reżyserii Matthew Vaughna to produkcja zła nie ze względu na wykonanie, ale fundamentalne założenia. Właśnie dlatego stanowi doskonałą lekcję tego, czym są składane widzom obietnice i dlaczego nie można ich łamać.
W świecie filmu Matthew Vaughn to osoba na swój sposób wyjątkowa, głównie dlatego, że przeważnie funkcjonuje poza standardowym obiegiem Hollywood. A mimo to kręci wysokobudżetowe filmy z pełną gwiazd obsadą. Jako były producent filmów m.in. Guya Ritchiego doskonale wie, jak pozyskiwać fundusze na produkcje. Gdy więc jego cierpliwość do dużych studiów się wyczerpuje, tworzy niezależnie. W ten sposób dostaliśmy choćby „Gwiezdny pył” (prawdopodobnie jego najlepszy film). Ten projekt Vaughn uruchomił po tym, gdy wkurzyło go studio Fox. (W wielkim skrócie: Vaughn miał być reżyserem „X-Men: Ostatni bastion”. Przypadkowo dowiedział się, że by ściągnąć do jego filmu Halle Berry, studio dopisało dla jej postaci, Storm, sceny, których absolutnie nie miało zamiaru umieszczać w finalnym scenariuszu. Planowano ukryć to przed Vaughnem. Twórca trzasnął więc drzwiami i pokazał Hollywood środkowy palec.)