Denis Villeneuve potwierdza swój status wybitnego reżysera kina science fiction, oraz twórcy doskonałych adaptacji. Jego „Diuna: część druga” przenosi na ekran prozę Franka Herberta, wybijając to, co w książce było najlepsze i najważniejsze.
Seria „Diuna” w reż. Denisa Villeneuve’a przejdzie do historii jako jedno ze szczytowych osiągnięć kina fantastycznego. „Diuna: część druga” to niesamowicie zrealizowany film wojenny, tematycznie skupiający się na podsycaniu fanatyzmu i przemianie, a raczej wyborze Paula. Sercem opowieści jest natomiast Chani, którą najpierw obserwujemy, jak zakochuje się w Paulu, a potem śledzi jego drogę do władzy i stania się obiektem kultu.
Villeneuve tym filmem pokazuje, jak doskonale rozumie „Diunę”. Drugi film to przede wszystkim nieustanne napięcie między kwestią wiary a manipulacją Bene Gesserit – między Przepowiednią a politycznym planem. Villeneuve krok po kroku pokazuje narodziny kultu, wybijając w tym wszystkim rolę lady Jessiki, pokazując Fremenów jako uwikłanych w rozgrywki toczone na skalę wszechświata. Przez to ton „Diuny: części drugiej” jest inny – wszystko podszyte jest tu grozą, bo de facto wyborem Paula w tej historii jest to, czy będzie bohaterem czy antagonistą.
Drugi film od pierwszego najbardziej odróżnia natomiast to, że tym razem mamy do czynienia z filmem wojennym. Oczywiście, i w pierwszej odsłonie doczekaliśmy się efektownego finału, tu jednak sama fabuła to opis partyzanckich walk Fremenów z Harkonnenami, której kulminacją jest otwarta wojna i próba politycznego przewrotu. Wszystko skupia się więc na konflikcie, na inspirowaniu go, zjednywaniu popleczników, na kolejnych fazach walk – dlatego „Diuna: część druga” to film dynamiczny, oparty na „dzianiu się”.
Dlatego osobiście preferuję „Diunę: część pierwszą”. Bo mam wrażenie, że pierwszym filmie Villeneuve miał więcej czasu na zadumę, mistycyzm, na bohaterów, ale też na piękno. Owszem, i teraz dostajemy sekwencje, które zapadną w pamięć, jak wizyta na Giedi Prime (rodzinna planeta Harkonnenów) czy lot statku Imperatora. Ale z drugiej strony dużo czasu poświęca się walkom, które nie robią aż takiego wrażenia, podobnie zresztą jak finałowy atak Fremenów (z czego Villeneuve doskonale zdaje sobie sprawę, bo nie czyni z niego fundamentu filmu). Z kolei w pierwszej „Diunie” więcej było scen może mniej efektownych, ale w jakiś sposób bardziej niesamowitych, bo bardziej intymnych. Nie ma w drugiej „Diunie” scen na miarę lady Jessiki czekającej za drzwiami w czasie próby Paula, pierwszego spotkania czerwiem, późniejszego spotkania z czerwiem nocą, czy całego wątku Dżamisa. I to się czuje – że to nie jest opowieść o bohaterach, ale mechanizmach wojny i polityki – bo pewne osobiste rewelacje, gdy już w filmie wychodzą na światło dzienne, robią zaskakująco małe wrażenie, przytłoczone wszystkim, co rozgrywa się w wielkiej skali.
To powyżej to jednak w czystej mierze kwestia preferencji. To, że wolę pierwszą „Diunę” w niczym nie umniejsza osiągnięcia, jakim jest „Diuna: część druga”. Villeneuve zrealizował kino SF pełną gębą, dbając o każdy szczegół, co widać choćby w tym jak zaprojektował Giedi Prime.