if ( function_exists( 'wp_body_open' ) ) { wp_body_open(); } ?>
Marcin Zwierzchowski

Kulturalny Człowiek

xnxxvlxx xnxxxarab www.xnxxbro.com www.xnxxpapa.com

„Mission: Impossible. Dead Reckoning. Part I” – recenzja

W nowej odsłonie franczyzy sygnowanej nazwiskiem Toma Cruise’a realizm scen akcji miesza się z pełnym nieprawdopodobieństw i zbiegów okoliczności scenariuszem. Film raz wbija w fotel, a raz nuży.

Przepis na sukces jest prosty: Tom Cruise i Christopher McQuarrie prześcigają się w wymyślaniu kolejnych sposobów, na jakie pierwszy z nich mógłby pożegnać się z tym padołem łez, a potem wokół tych efekciarskich scen akcji budują fabułę, która je uzasadnia. To jak musical, gdzie historia jest po to, by rozłożyć kolejne piosenki w czasie. To też związek doskonały, bo Cruise ewidentnie kombinuje, jakby tu umrzeć w najbardziej efektowny sposób, a McQuarrie lubi te próby kręcić. Kolejne filmy z serii „Mission: Impossible” w swoje DNA mają wpisane przekraczanie granic na polu tego, co aktor/kaskader może zrobić przed kamerą; zdjęcia do każdego kolejnego filmu zaczynają się właśnie od nakręcenia tej jednej sceny, która ponownie sprawi, że widownia wstrzyma oddech z wrażenia.

„Dead Reckoning. Part One” realizuje założenia serii wzorowo. Choć, co pewnie zaskoczy i samych filmowców, największą ozdobą filmu jest nie od dawna zapowiadana sekwencja skoku Cruise’a na motorze, z przepaści, ze spadochronem, ale dużo bardziej ciekawy pościg w Rzymie. Ta energetyczna gonitwa ciasnymi ulicami stolicy Włoch ma w sobie humor, zaskakujące zwroty akcji, lekką dozę absurdu, świetne tempo i prawdziwy urok – co w sumie składa się na oryginalny pościg, podchodzący do tej obowiązkowej sekwencji kina akcji w bardzo nieszablonowy sposób. To też moment filmu, w którym najwyraźniej czuć tę praktyczną stronę kręcenia takich sekwencji, bo świetna praca kamery sprawia, że można poczuć, jakby było się w tym samochodzie.

Z drugiej strony trudno jednak nie zauważyć, że obok tak ciekawie i realistycznie nakręconych scen nie brakuje takich, które wyglądają aż nazbyt… sztucznie. Zwłaszcza w drugiej połowie „Dead Reckoning” zdaje się tracić wyczucie i często idąc w rozmach, aż za bardzo opiera się na efektach komputerowych (słynna, ze względu na wątek polski, scena katastrofy pociągu jest tak „obrobiona” komputerowo, że aż dziw bierze, że komukolwiek chciało się fatygować z faktycznym wykolejaniem lokomotywy).

Najcięższe zarzuty przeciw nowej odsłonie „Mission” trzeba jednak wytoczyć w stosunku do scenariusza. Nawet, jeżeli ma się na uwadze fakt, że – jak stoi w pierwszym akapicie niniejszej recenzji – fabuła w takich filmach służy uzasadnieniu kolejnych scen akcji. Nawet jeżeli odnośnikiem dla „Dead Reckoning. Part One” będą po prostu wcześniejsze filmy z serii, czyli choćby „Rogue Nation” czy „Fallout”. Tu po prostu scenariusz wydaje się leniwy, pisany na kolanie, „odwalony”. I nawet nie chodzi o to, że scenarzyści wymyślili sobie kolejnego cosia, którego Ethan Hunt gania przez cały film, a który może zniszczyć cały świat – te tzw. McGuffiny to w kinie akcji tradycja, można więc przymknąć oko i na to, że zastosowano ten schemat, jak i na fakt, że sama natura McGuffina jest dziś już wtórna. Problemem są nie założenia, ale wykonanie. Bo w „Dead Reckoning” wszystko jest boleśnie oczywiste: każda postać ma jasno określoną rolę, jest dokładnie tym, kim się wydaje i, co najgorsze, lubi w bardzo pompatyczny i sztucznie budujący napięcie sposób zdradzać kolejne informacje (przoduje w tym Esai Morales jako karykaturalnie wręcz dramaturgiczny Gabriel). W całym filmie znalazło się miejsce dla tylko jednej postaci z krwi i kości, i jest nią Grace, grana przez dołączającą do franczyzy Hayley Atwell. Reszta to albo pomniki, albo kukły, wygłaszające napuszone dialogi, jakby wszyscy byli czarnymi charakterami w starym filmie o Jamesie Bondzie.

Przy tym wszystkim najbardziej boli jednak nieustanne opieranie się na zbiegach okoliczności i rozstawianie postaci na planszy dokładnie tam, gdzie akurat wymaga tego scena. Przodują w tym dwaj ścigający Hunta agenci, grani przez Sheę Wighama i Grega Tarzana Davisa, którzy po prostu pojawiają się znikąd w kolejnych scenach – podczas gdy przez cały film Hunt i jego ekipa z trudem wyrywają strzępki informacji, prowadzące ich w kolejne lokacje, ci dwaj zawsze w jakiś magiczny sposób też tam są. Aczkolwiek szczytem przegięcia, wznoszącym „Mission” gdzieś blisko absurdalności „Szybkich i wściekłych”, jest sposób wejścia Ethana do pociągu – paradoksalnie, to moment, w którym wiele osób może po prostu wysiąść.

Ocena „Dead Reckoning. Part One” nie może więc być jednoznaczna. Zalety mieszają się tu z wadami, świetne sekwencje z kuriozalnymi, a sam film raz zachwyca realizmem, by zaraz potem odpłynąć w durności scenarzystów. Największym grzechem, jaki może popełnić film akcji, jest z kolei to, że się dłuży – i w tym przypadku faktycznie nie udało się Cruise’owi i spółce tego uniknąć. Może jednak podział tej „fabułki” na dwie części nie był najlepszym pomysłem i trzeba było zamiast tego kondensować, dbając, by tempo akcji nie spadało na tyle, by publika miała chwilę na zastanowienie się, czy to, co widzą na ekranie ma jakikolwiek sens.

Next Post

Previous Post

© 2024 Marcin Zwierzchowski

Theme by Anders Norén

Zoofilia - BestialityPorn - DogFuckПриглашаем на Порноболт за русским порноalbaneza - xnnx - rwdtube