if ( function_exists( 'wp_body_open' ) ) { wp_body_open(); } ?>
Marcin Zwierzchowski

Kulturalny Człowiek

„Doktor Strange…”, czyli straszno, śmieszno i efektownie

Zatrudniając Sama Raimiego, by stanął za kamerą filmu „Doktor Strange w multiwersum obłędu”, Marvel chciał podkreślić aspekt grozy w przygodach maga. Powstał z tego może niekoniecznie horror, ale na pewno coś z fragmentami DNA grozy. Reszta to czysta rozrywka i świetna kinowa zabawa.

Żyjemy w czasach, gdy komiks stał się głównym nurtem kultury popularnej. Stwierdzenie tyleż prawdziwe, co banalne. Jakie są jednak konsekwencje takiego stanu rzeczy? Do głowy przychodzi słowo „hermetyczność”, ponieważ tak jak pierwsze filmy z Kinowego Uniwersum Marvela były niezwykle przystępne również dla tych, którzy nie mieli zielonego pojęcia, kim byli Iron Man czy Kapitan Ameryka, tak obecnie fabuły budowane są już na bagażu ponad 20 wcześniejszych filmów, a ilość nawiązań i ukłonów w stronę „komiksiarzy” wybija ponad normy dotychczas zastrzeżone dla comic conów lub niszowych grup dyskusyjnych. Tylko czy hermetycznym można nazwać coś, co do kin przyciąga setki milionów, a może nawet już obecnie miliardy ludzi? Marvel zdjął nogę ze wszystkich hamulców i obecnie kreśli fabuły nie tyle czerpiące, co karmiące się, wręcz obżerające się samymi sobą i do pełnego docenienia wymagające od odbiorców co najmniej doktoratów z superbohaterologii.

„Doktor Strange w multiwersum obłędu” to właśnie, cóż, obłęd multiwersum, czyli wielu rzeczywistości. Fabularnie film Raimiego oferuje nam niewiele, bo bohaterowie i złoczyńcy ganiają się ze sobą nieustannie, przemykając od jednego potężnego artefaktu do drugiego, a po drodze Strange próbuje pogodzić się z faktem, że nigdy nie będzie z Christine, czyli miłością swojego życia. Sercem filmu jest jednak nie cel, do jakiego zmierzają bohaterowie, ale to, na co trafiają po drodze. A są to rzeczy zaprojektowane tylko w jednym celu: by bijące w rytm popkultury serca geeków zaczęły walić niczym bębny orków w Morii. Nie zdradzając zbyt wiele, należy wspomnieć tylko, że Kevin Feige (szef Marvel Studios) i Raimi co rusz wyciągają z worka nowe lokacje (różne światy), nowe postacie (niektóre, jak Amerika Chavez, to świeża krew w MCU), a także wiele niespodzianek, które sprawią, że przynajmniej część widowni będzie piać z zachwytu.

W wielkim skrócie: Kinowe Uniwersum Marvela to jeden wielki fan service – ponieważ byliśmy grzeczni (kupowaliśmy bilety), Feige nagradza nas teraz, pokazując nam na ekranie dokładnie to, o co prosiliśmy od lat.

Czy jest więc „Doktor Strange…” również czymś poza głębokim ukłonem w stronę fanów? Zaskakująco – tak. Tu znów należy przywołać Sama Raimiego, czyli reżysera kultowych horrorów „Martwe zło” i „Armia ciemności”, jak i trzech fabuł o Spider-Manie. Przy czym w nowym filmie stery przejął ewidentnie Raimi specjalizujący się w horrorze, z dużą domieszką makabry i humoru. „Strange…” pędzi więc przede siebie utartą ścieżką filmu spod znaku Marvela, ale jednocześnie co rusz miota się na boki, walcząc o tożsamość filmu twórcy „Martwego zła”. Efekt jest ciekawy, bo faktycznie dostajemy tu wiele scen grozy, które może i nie są tak cudownie makabryczne, jak przyzwyczaił nas Raimi, ale noszą bardzo wyraźny ślad jego wrażliwości; fani reżysera zidentyfikują w jego nowym obrazie cały arsenał charakterystycznych wizualnych sztuczek.

             

Można więc krzywić się, że „Doktor Strange w multiwersum obłędu” to kolejny już zlepek scen powiązanych luźno jakąś ogólną motywacją bohaterów, by dotrzeć z punktu A do B, a potem do C, i tak dalej. Trzeba jednak zauważyć, że te sceny są po prostu… fajne. Marvel wciąż doskonale rozumie, czym jest popcornowa rozrywka. Raimi zaś pomógł im tchnąć w ten film nieco życia (co zrobił, jak to on, z pomocą nieumarłych).

Next Post

Previous Post

Leave a Reply

© 2022 Marcin Zwierzchowski

Theme by Anders Norén