if ( function_exists( 'wp_body_open' ) ) { wp_body_open(); } ?>
Marcin Zwierzchowski

Kulturalny Człowiek

„Armia złodziei” to film bez scenariusza

Zack Snyder rozbudowuje świat zaprezentowany nam w filmie „Armia umarłych” produkcji Netflixa. W „Armii złodziei” przekazuje stołek reżysera Matthiasowi Schweighöferowi, który jednocześnie jest odtwórcą roli głównej. Niestety, przy zaangażowaniu ciekawej obsady i niemałego budżetu, zabrakło porządnego, pozbawionego dziur logicznych i durnostek scenariusza.

„Armia złodziei” przenosi nas do wydarzeń sprzed tego, co widzieliśmy w głównym wątku „Armii umarłych”. Epidemia zombie dopiero wybucha w Las Vegas, my jednak jesteśmy wówczas w Europie. A co z zombie? Cóż, nie stwierdzono. To znaczy, doniesienia o wydarzeniach w Stanach migają nam w serwisach informacyjnych, a główny bohater (który pojawia się również w „Armii umarłych”) ma sny o nich, poza tym jednak ta nowa produkcja jest raczej z rodzaju zombie-free. Zamiast tego dostajemy tzw. heist movie, czyli opowieść o grupie śmiałków/złodziei, którzy planują serię rabunków w bankach w różnych krajach Europy. Ich cele to sejfy wykonane przez legendarnego Hansa Wagnera, uważane za najlepsze w historii. Tu właśnie w plan złodziei wkracza Sebastian, w „Armii umarłych” znany jako Ludwig Dieter, czyli specjalista (fanboj) od Wagnera i jego sejfów.

Ciekawe założenie wstępnie nie zostało jednak w „Armii złodziei” przekute w interesującą opowieść. Film efektowny jest tylko w rzadkich momentach (najczęściej, gdy Nathalie Emmanuel kopie komuś tyłki), poza tym mami nas ładnymi obrazkami z europejskich miast, czym chyba chciano przykryć pretekstową fabułę i przede wszystkim wiele bardzo nieprzemyślanych scen. Największą porażką filmu Schweighöfera jest fakt, że nie przekonuje nas, iż to, co robią bohaterowie to jakiś wyczyn – ich plany skoków na bank są zaskakująco nieskomplikowane i łatwo realizowane (i gdy coś idzie nie tak, realizowane szokująco amatorsko), a w kontekście włamywania się do sejfów dowiadujemy się, że najwyraźniej potrzeba dobrego ucha i kilku minut kręcenia zamkami szyfrowymi.

„Armia złodziei” trawi naprawdę dużo czasu na budowanie legendy Hansa Wagnera i jego sejfów, same sejfy to cieszące oczy cacuszka, ale trudno nie zauważyć, że Sebastian otwiera je wręcz kuriozalnie łatwo. Naprawdę najwspanialsze sejfy w historii można otworzyć po prostu wsłuchując się w cykanie mechanizmów? I legendarny Wagner tego nie przewidział? Nie pomyślał o jakimś, nie wiem, wygłuszeniu, albo mechanizmie generującym inne hałasy, cokolwiek? Jak widz ma uwierzyć, że bohaterowie „Armii złodziei” dokonują czegoś wielkiego, skoro robią to z taką łatwością?

Niestety, podobnie jak w przypadku „Armii umarłych”, również ta produkcja poświęca naprawdę wiele elementarnej logiki na ołtarzu akcji – wiele rzeczy wydarza się nie dlatego, że ma jakikolwiek sens, ale po prostu by podążyć bardziej dramatyczną ścieżką wydarzeń. Przy czym wcześniejszy film był przynajmniej efekciarski, miał zombie, Snyder proponował również ciekawe rozwiązania wizualne. W „Armii złodziei” tego brak.

„Armia złodziei” sprawia wrażenie realizowanego z zaskakująco dużym budżetem tzw. filmu telewizyjnego, czyli kręconego na szybko i bez dbania o jakość. Scenariusz – który powstał w trzy miesiące – nosi bardziej niż wyraźne ślady niedopracowania, bo już nawet pomijając kwestię potężnych dziur logicznych, dialogom brakuje czegokolwiek poza funkcją „użyteczności” – bohaterowie mówią to, czego wymaga od nich fabuła, i nic więcej, a wszelkie próby scen bardziej intymnych rozbijają się o koślawy tekst.

Ambitne plany Zacka Snydera, by budować wokół „Armii umarłych” uniwersum różnych produkcji (oprócz „Armii umarłych 2” również m.in. filmy animowane), na chwilę obecną jakościowo rozbijają się o słabe scenariusze, gdzie logika odstawiana jest na bok zawsze wtedy, gdy reżyser chce czegoś efektownego. Przez to filmy te ogląda się z rosnącym poczuciem zdziwienia, ostatecznie zaś zniesmaczenia, że ktoś zmarnował nasz czas.

Next Post

Previous Post

Leave a Reply

© 2022 Marcin Zwierzchowski

Theme by Anders Norén