if ( function_exists( 'wp_body_open' ) ) { wp_body_open(); } ?>
Marcin Zwierzchowski

Kulturalny Człowiek

Magia „Bezgwiezdnego morza”

W 2011 roku debiutowała głośnym „Cyrkiem nocy”, na drugą powieść kazała czekać długie osiem lat. Warto było, bo „Bezgwiezdne morze” to nowa jakość w fantastyce.

Wydawcy i księgarze lubią, gdy danego autora czy autorkę można łatwo porównać do kogoś z listy bestsellerów. Ktoś jest drugim George’em R.R. Martinem, ktoś nową J.K. Rowling, nowym Kingiem, Gaimanem, Tolkienem, Sapkowskim czy Lemem. Bądźmy szczerzy, czytelnicy i czytelniczki również nie gardzą taką podaną wprost informacją-rekomendacją. Kontynuując więc tę myśl…

Erin Morgenstern porównać można tylko do Erin Morgenstern. Choć i taka analogia nie jest idealna, bo „Cyrk nocy” i „Bezgwiezdne morze” łączy tyle samo, co dzieli.

Wspólnym mianownikiem jest wyobraźnia. Brzmi to banalnie, zwłaszcza w opisie prozy fantastycznej, ale z tym właśnie najlepiej kojarzy się Morgenstern: z wyjątkowo bogatą wyobraźnią, która w „Cyrku…” rodziła kolejne cyrkowe atrakcje, a w nowej powieści buduje cały ukryty świat. Czytanie prozy tej autorki to nieustanne odkrywanie, wciąż nowe zachwyty, zaskoczenia i zdziwienia. Nie będzie to nowe Śródziemie, ani kolejna Narnia, ani Londyn Pod z „Nigdziebadź” – to coś… innego. „Bezgwiezdne morze” to, w wielkim uproszczeniu, opowieść o opowieściach, opowieść składająca się z mniejszych opowieści, większa opowieść narosła z połączenia wielu opowieści. Przywodzi to na myśl nieco „Opowieści sieroty” Catherynne M. Valente, u Morgenstern związek między poszczególnymi historiami jest jednak dużo bardziej ścisły, ostatecznie również wchodzi on na wyższy poziom skomplikowania i relacji.

Naszym bohaterem jest młody Zachary, ale nie tylko on, choć to jego losy stanowią pewną oś fabularną „Bezwzględnego morza”. Wraz z nim trafiamy na bardzo niecodziennych ludzi, którzy zabierają nas w najróżniejsze miejsca, a wszystko zdaje się kręcić wokół kilku książek, i pszczół, i symboli mieczy. Oraz tajemniczego Doriana, którego głos i talent opowiadania uwodzi młodego Zachary’ego, ciągnie go w głąb króliczej nory. My zaś spadamy wraz z nim, pozornie chaotycznie – bo, jak można się zorientować po powyższych dziwnych próbach streszczenia powieści, „Bezgwiezdne morze” nie ma standardowej fabuły. Morgenstern zamiast tego nas uwodzi, zaprasza do kolejnych historyjek, przedstawia wielu bohaterów i ich niezwykłe losy, a my musimy wierzyć, że to ma sens, że ostatecznie autorka połączy kropki. Co Erin Morgenstern koniec końców robi, w zachwycający sposób.

„Bezgwiezdne morze” to w formie najbliższa rzecz komiksom z serii „Sandman”, na jaką trafiłem. Morgenstern odrzuca linearną fabułę, nie wierzy w prowadzenie nas prostą ścieżką, zamiast tego pozwalając błądzić, zaglądać w różne zakamarki, gdzie znajdziemy Sowiego Króla, baśń o morzu miodu i miastach na jego brzegu, opowieść o piracie i tej, która go uwolniła, a także wiele pomniejszych legend, mitów, bajek – wszystkich oryginalnych dla tej powieści, zrodzonych w głowie autorki, spisanej pięknym, plastycznym językiem. W efekcie to proza, którą się smakuje, opowieść czytana, gdy chcemy, by ktoś porwał nas w nieznane, prowadził za rękę w głąb mrocznego lasu i pokazywał skryte w cieniach dziwa.

Coś podobnego w polskiej prozie robi obecnie Wit Szostak, który w „Poniewczasie” oraz „Cudzych słowach” szuka nowej formy dla powieści, eksperymentując z formą, stylem, treścią, łącząc fabułę z kontemplacją nad fabułą, nad opowieścią w ogóle. U Szostaka jednak to wciąż proza realistyczna, historie o rodzicielstwie, małżeństwie, o szukaniu sensu w filozoficznych naukach dawnych mistrzów. Morgenstern nakłada natomiast u siebie na tę formę filtr wyobraźni.

„Bezgwiezdne morze” to więc rewolucja względem „Cyrku nocy”, który choć podobnie bogaty twórczo, opierał się jednak na dosyć klasycznej historii miłosnej, na opowieści o dwojgu ludzi przyciąganych do siebie nawzajem wbrew wszystkiemu. W nowej powieści w zasadzie Morgenstern też pisze o miłości, nie tylko jednak o Zacharym i Dorianie, ale o wielu jej obliczach. Przepiękna jest choćby opowieść o romansie ludzi z różnych czasów, albo tragiczna baśń o tym, jak Czas zakochał się w Losie. Sama książka nie da się jednak ustawić na półce z romansami, z baśniami, z urban fantasy czy jakiejkolwiek innej, bo ta opowieść jest nimi wszystkimi, a jednocześnie czymś zgoła innym, niestandardowym. Może więc warto po prostu sięgnąć do terminu, który upodobała sobie Ursula K. Le Guin i określić Erin Morgenstern mianem pisarki wyobraźni. Jednej z najlepszych w swoim fachu.

Tłum. Paweł Gołębiowski

Recenzja pierwotnie ukazała się w „Nowej Fantastyce” 11/2020.

Next Post

Previous Post

Leave a Reply

© 2021 Marcin Zwierzchowski

Theme by Anders Norén