if ( function_exists( 'wp_body_open' ) ) { wp_body_open(); } ?>
Marcin Zwierzchowski

Kulturalny Człowiek

„Candyman” robi ogromne wrażenie

„Candyman” w reż. Nii DaCosty to udana rewitalizacja legendy kina grozy, przede wszystkim zaś świetny film o bolączkach współczesnej Ameryki.

„Candyman” to kolejna produkcja Monkeypaw, czyli Jordana Peele’a, który w dużej mierze odpowiada za obecny renesans kinowego horroru („Get out”, „To My”). Z tym filmem nie jest inaczej – to nie tylko świetnie podana groza, ale również opowieść głęboko zanurzona we współczesności i jak najbardziej realnych strachach. Nasz lęk nie ma tu wynikać z tzw. jumpscares, czyli potworów wyskakujących nagle z mroku, ale z rosnącego uczucia niepokoju i dyskomfortu, gdy uświadamiamy sobie, że zło, które trapi bohaterów ma bardzo ludzkie oblicze, a monstrum, którego wszyscy się boją, jako zagrożenie blednie w porównaniu z tym, co niektórych z nas dotyka na co dzień.

Peele był współscenarzystą „Candymana”, ale nie reżyserował tego filmu. Zadanie to wzięła na siebie Nia DaCosta, wcześniej bez większego doświadczenia na polu horroru. Ze swojego zadania wywiązała się natomiast doskonale, kreując – przy ogromnym udziale odpowiedzialnego za zdjęcia Johna Guleseriana – bardzo wyrazistą wizualnie i klimatycznie wizję, gdzie często piękno splatało się z niepokojem (niezwykłe ujęcia zanurzonych w chmurach wieżowców, kręconych od dołu, pokazanych nam na odwróconym obrazie – maestria!). To zresztą motyw przewodni filmu, którego fabuła opisuje proces gentryfikacji skrawków miast zasiedlonych przecz czarnoskórych – czyli proces wypierania „nieodpowiedniego” sąsiedztwa, by budowane na pobliskich gruntach luksusowe apartamentowce zyskały na wartości.

Fundamentem dla tej historii była zaś legenda o Candymanie, czyli czarnoskórym mężczyźnie, który powraca zza grobu jako duch zemsty, a sposobem na jego przywołanie jest powiedzenie do swojego odbicia w lustrze pięć razy jego imienia. Postać tę rozsławił film „Candyman” z 1992 roku, z Tonym Toddem w roli tytułowej. Inspiracją dla niego było natomiast opowiadanie „Zakazany” (The Forbidden”) autorstwa Clive’a Barkera, będące częścią cyklu „Księgi krwi” (który jest w Polsce obecnie wznawiany przez wydawnictwo MAG). Nowy film to nie remake czy nowa adaptacja tekstu Barkera, ale coś na kształt samodzielnego sequela obrazu z 1992 roku – doskonale funkcjonuje jako opowieść także jeżeli nie zna się/nie pamięta poprzedniej iteracji, jej znajomość jednak może pomóc dostrzec kolejne warstwy tej fabuły, a zwłaszcza lepiej zrozumieć płynące z finału przesłanie o niekończącym się cyklu przemocy i niewyczerpanych pokładach nienawiści mającej swoje źródło w uprzedzeniach.

Teyonah Parris

Co natomiast DaCosta dodała od siebie, w porównaniu do filmu z 1992, to może nie przytłaczająca, ale też znacząca dawka humoru – film idealnie identyfikuje momenty, gdzie odrobina luzu nie wpływa na ogólną atmosferę zagrożenia, a ta odrobina komizmu ożywia scenariusz i zwłaszcza bohaterów, czyniąc ich bardziej ludzkimi, bo wychodzą poza role nieustannie przerażonych ofiar. „Candyman” to kinowa groza bliższa „To my”, niż „Midsommar”, i równie dobry horror. Jordan Peele potwierdza, że poza byciem świetnym reżyserem i scenarzystą, ma również rękę do wprowadzania na poletko grozy nowych, ekscytujących talentów. Nia DaCosta z kolei prezentuje się jako talent prawdziwie wyjątkowy.

Next Post

Previous Post

Leave a Reply

© 2021 Marcin Zwierzchowski

Theme by Anders Norén